poniedziałek, 30 marca 2015

Jedno z najpotężniejszych narzędzi mistrza – wyobraźnia

Używanie kontrolowanych wyobrażeń to temat, z którym prędzej czy później mierzę się w rozmowie ze sportowcem, który zgłasza się po wsparcie. Aby dojść do tego punktu, zazwyczaj na jednym z pierwszych spotkań proszę o przypomnienie sobie swoich najlepszych zawodów (z dowolnego okresu nauki czy kariery). W proces przypominania należy zaangażować jak najwięcej zmysłów – przypomnieć sobie pogodę, własne uczucia, odgłosy, a jeśli się da – nawet zapachy czy smak napojów, którymi zawodnik nawadniał się w przerwie. Warto przypomnieć sobie wygląd strojów swojej i przeciwnej drużyny (czy przeciwnika indywidualnego), osobę sędziego, jak zachowywał się trener. Po co tak dużo szczegółów? Po to, żeby zaangażować w to dobre wspomnienie jak najwięcej zmysłów – a to oznacza także zaangażowanie możliwie jak największego obszaru mózgu.

Proszę o przypomnienie sobie takiego meczu nie tylko po to, by rozpoznać, jaką motywację czerpie zawodnik z uprawianego sportu (czy najważniejsze jest wspomnienie zwycięstwa, nagród, prestiżu, czy na przykład radości z tego, że wszystko wychodziło bardzo dobrze, że udawało się w lot pojmować intencje kolegów z drużyny i gra sprawiała mnóstwo radości i przychodziła z niezwykłą lekkością). To dobry krok do wprowadzenia treningu wizualizacji – ponieważ bardzo ważną sprawą przy uczeniu się stosowania kontrolowanych wyobrażeń jest ich szczegółowość i włączanie jak największej liczby zmysłów w stworzenie wrażenia ich autentyczności.

Gdy zaczynam rozmawiać z zawodnikiem na temat wyobrażeń, często spotykam się z reakcją niedowierzania i ostrożności. Poruszane tematy wywołują duży opór, powodują odczucie poruszania się w obszarach magicznych. Może zatem najpierw krótko: jak to jest w ogóle możliwe, że trening wyobrażeniowy w ogóle działa?

Steven Ungerleider, autor książki „Mental Training for Peak Performance” (Rodale, 2005) podaje 4 teorie mogące służyć za wyjaśnienie skuteczności wizualizacji:

1) Teoria uczenia symbolicznego – zanim coś robimy, najpierw to kodujemy w naszym umyśle i układzie nerwowym. Jeśli kilkakrotnie to przećwiczymy, w rzeczywistości łatwiej nam będzie od razu wykonać zadanie dobrze. W wyobrażeniu, niczym na nagraniu slow motion, można przyjrzeć się poszczególnym składowym ruchu czy zagrania i opanować go doskonale. UWAGA! Jeśli nie umiesz sobie wyobrazić, że potrafisz wykonać pewne zadanie, prawdopodobieństwo, że uda Ci się w rzeczywistości, jest znikome. Sukces będzie wtedy raczej dziełem przypadku a nie efektem Twojej pracy.

2) Teoria psychoneuromięśniowa – bardzo ciekawa sprawa. Czy wiesz, że nawet jeśli siedzisz spokojnie, a wyobrażasz sobie na przykład przejazd znaną Ci trasą narciarską, impulsy z układu nerwowego będą wędrować do mięśni dokładnie w taki sam sposób, jak podczas rzeczywistego przejazdu? Badania nad podstawami psychofizjologii pokazują, że za pomocą wyobrażenia ruchu można stymulować mięśnie – co jak sama/sam rozumiesz, otwiera gigantyczne możliwości treningu wtedy, gdy trenować się nie da (długie podróże, dyscypliny sportu wrażliwe na czynnik pogodowy) lub gdy trening uniemożliwia kontuzja (o współpracy psychologa z zawodnikiem kontuzjowanym lub świeżo po kontuzji – już niedługo).

3) Teoria bioinformacyjna – wywodząca się z badań nad lękami teoria zakłada, że możemy trenować poprzez kontrolę wyobrażeń radzenie sobie z przewidywanymi negatywnymi uczuciami – na przykład strachem, zdenerwowaniem, gniewem. To również otwiera nam wiele możliwości treningu w sporcie – na przykład możliwe jest rozegranie w głowie takiego scenariusza wydarzeń, w którym po popełnieniu błędu nie dość, że nie tracimy pewności siebie, to jeszcze potrafimy od razu, na gorąco naprawić swój błąd.

4) Teoria podwójnego kodowania – zakłada, że dobrze opanowana umiejętność wymaga podwójnego zakodowania w naszym umyśle – werbalnego (umiem opowiedzieć, co robię) oraz ruchowego (umiem to pokazać), które połączone są swego rodzaju mostem.

Teoria teorią, ale przede wszystkim praktyka wielu mistrzów różnych dyscyplin (nie tylko sportowców, także na przykład muzyków, którzy z racji na wielogodzinne podróże czasem zmuszeni są do ćwiczenia jedynie w głowie) zdecydowanie pokazuje, że ci, którzy wspinają się na szczyt, używają treningu wyobrażeniowego. Najlepsi potrafią w swojej głowie przebiec całą trasę biegu i osiągnąć takie zmiany w ciele, jakby biegli naprawdę (pot, przyspieszone bicie serca etc.). Najprostsze elementy można włączyć do treningu czy meczu na każdym poziomie uprawiania sportu, nawet jeśli nie jest się psychologiem. Zwykłe wyobrażenie sobie oddania strzału, rzutu, serwisu przed zrobieniem go sprawia, że nasz układ nerwowy ma poczucie, że robi to po raz kolejny i siłą rzeczy jest mu łatwiej. Dodatkowym „bonusem” jest fakt poprawy koncentracji, a to, sami przyznacie, potężna zaleta. Co więcej, wprowadzenie sensownego treningu wyobrażeniowego może pomóc także w takich obszarach jak radzenie sobie ze zniszczoną pewnością siebie, radzenie sobie z tremą, radzenie sobie z bólem (powiedzmy sobie szczerze – we współczesny sport na najwyższym poziomie często wpisana jest konieczność radzenia sobie z bólem).

Trenowanie w głowie zmniejsza także skutki uboczne przerwy związanej z kontuzją – szczegółowy trening wizualizacyjny pozwala szybciej wrócić do formy ale również sprawia, ze nasz układ nerwowy nie zapomina, jak się gra. Co ciekawe, przy niektórych kontuzjach zanik możliwości rzeczywistego wykonania jakiegoś ruchu (na przykład całkowitego wyprostowania kończyny) często idzie w parze z niemożnością wyobrażenia takiego ruchu. Dlatego pracę rehabilitacyjną warto wspierać wyobrażeniami – także po to, by praca ta szła szybciej i efektywniej.

Z czymkolwiek się mierzysz, czegokolwiek dotyczy Twoja presja – ćwicz w głowie, do skutku. Zacznij od prostych, krótkich wyobrażeń, w których pojedyncze elementy udają Ci się doskonale, gdy osiągniesz w tym wprawę, komplikuj scenariusze i spraw, że w swojej głowie potrafisz sobie świetnie poradzić także w mniej idealnych sytuacjach. Rozważ różne scenariusze, odgrywaj scenki do skutku, aż uda Ci się osiągnąć pożądany efekt. Spraw, by jak najmniej rzeczy mogło Cię zaskoczyć w sytuacji rzeczywistej presji – wtedy Twój układ nerwowy będzie przygotowany, a Ty będziesz się czuć pewna/pewny siebie.


sobota, 14 marca 2015

Nie ma trenerów doskonałych. Ale są tacy, którzy dodają swojej drużynie skrzydeł.

To jeden z najtrudniejszych zawodów świata, a jednocześnie jeden z najpiękniejszych. Odpowiedzialność za ludzkie marzenia, pasje, nadzieje. Umiejętność odnajdywania w ludziach tych najlepszych pokładów, o których sami czasem nie wiedzą. To praca pełna frustracji, ale i – gdy robi się ją dobrze – wielkiej satysfakcji. To praca dająca taką satysfakcję, jak większość zawodów, które pozwalają innym się rozwijać i wzrastać (wiem coś o tym).

W opinii angielskiego psychologa sportu specjalizującego się we współpracy z piłkarzami i piłkarkami nożnymi, Dana Abrahamsa, zawód trenera to zdecydowanie najtrudniejsza profesja ze wszystkich. W swojej książce adresowanej do trenerów, „Soccer Brain” („Piłkarski mózg”), Abrahams zwraca uwagę, że wszystko zaczyna się od tego, by trener w każdej minucie treningu, meczu czy nawet przygotowania do powyższych starał się być najlepszym trenerem, jakim może być. To praca (czy słowo praca jest tu odpowiednie? Może to jednak bardziej styl życia? Pasja?) oparta na obsesji – na obsesji sprawienia, by ludzie, z którymi pracuję (niezależnie od płci, rasy, poziomu rozgrywkowego i od wszystkiego innego), nieustannie rozwijali się i nieustannie, w każdej minucie, dążyli do takiej doskonałości, na jaką ich stać. To zupełnie inna filozofia niż ta, którą niejednokrotnie obserwuję -  dotycząca trenerów, którym kiedyś coś się udało i następne dziesięciolecia swej kariery spędzają na odnalezieniu takiej drużyny, która wpasuje się w filozofię tego, co udało im się kiedyś. Marne szanse, że znajdą. Choćby dlatego, że miniony sukces zapewne był wypadkową takich czynników, które trener taki ma rozpoznane w stopniu nikłym bądź zgoła żadnym. Powiedzmy to otwarcie – ich miniony sukces mógł być zwykłym przypadkiem, do którego po fakcie dorobiono pewną filozofię. Jeśli za zwycięstwem, osiągnięciem mistrzostwa (rozumianego jako pierwsze miejsce w tabeli a nie osiągnięcie maksimum swoich możliwości) nie stoi dogłębna analiza – sukces będzie niemal niemożliwy do powtórzenia. Czy brzmi to znajomo? „Zwycięskich składów się nie zmienia”. “Zdobyliśmy trzy punkty na trudnym terenie, to chyba nie wymaga analiz i zmian”. „Wszelka krytyka zwyciężającego zespołu pozbawi ich ciężko wypracowanej pewności siebie”. Abrahams jest fanem koncepcji 1 %. Jego zdaniem w każdej sytuacji można poprawić jakiś element chociaż o 1 %. Zmiana kilku rzeczy o choćby jeden punkt procentowy zmieni przecież obraz całości już dość znacznie.

No dobrze, ale przecież niejednokrotnie na tym blogu była mowa o pewności siebie. To krytykować (co w naszej kulturze uważa się za najważniejszy element sprzyjający rozwojowi zawodnika/drużyny)? Czy dbać o pewność siebie?

Aby zawodnik rozwijał się taktycznie i technicznie (a to chyba ma pewne znaczenie ;) ), potrzebne jest jego odpowiednie nastawienie psychiczne. Bez koncentracji, elementarnej wiary, że potrafię się nauczyć, że wiem, jak dojść do celu, że znam swoje cele – nie będzie rozwoju. Dlatego Abrahams napisał książkę o budowaniu „kultury 4C”. Jej składowe to:

- kultura kreatywności (creativity),
- kultura pewności siebie (confidence)
- kultura zaangażowania (commitment)
- kultura spójności (cohesion).

Krótko o każdym C.

Kreatywność to taki element, którego nie można po prostu od zawodników wymagać. Warto więc w codziennym treningu pracować nad swoim trenerskim głosem, by nie było w nim zwątpienia, uszczypliwości, za to mnóstwo zachęt do próbowania różnych rozwiązań (jednocześnie licząc się z tym, że może to powodować błędy).

Abrahams podkreśla jeszcze inne istotne źródło kreatywności: kreatywnym będzie ten lider, który ma dużo wiedzy i nieustannie ją pogłębia. I na bazie tej podstawy będzie umiał tworzyć swoje autorskie koncepcje. Wiedza to nie tylko książki i kurso-konferencje. To także obserwowanie, pytanie, słuchanie innych ludzi. To otwieranie się na inne opinie i branie ich pod rozwagę, a nie skupianie się na obronie twierdzy pod nazwą „filozofia trenera”. Trener nowoczesnej gry nie poprzestanie na byciu średniakiem. Nie robi roboty „jak zawsze” albo „jak zwykle”.

Trener współczesnego sportu jest w dodatku – zdaniem Abrahamsa – człowiekiem o szerokich horyzontach, którego mózg poddawany jest nieustannej gimnastyce – nie tylko tej związanej z piłką nożną. Literatura, muzyka, wiedza o świecie, biznesie – wszystko może stać się inspiracją. Co więcej, trener słucha swoich zawodników, bo nie jest ich szefem, ale ich trenerem, czyli kimś, kto IM służy:

Twoi gracze są szefami – więc wysłuchaj, co szefowie mają do powiedzenia. (str. 27)

Pewność siebie. Nie oczekuj pewności siebie w meczu, jeśli niszczysz ją (lub choćby jej nie pielęgnujesz) w treningu. Nakarmiona, zdrowa pewność siebie ułatwi koncentrację i ustawienie poziomu pobudzenia na takim poziomie, by możliwy był rozwój. Duży nacisk w budowaniu kultury pewności siebie Abrahams kładzie na optymizm (ten rodzaj optymizmu, o którym pisałam tutaj). Trener powinien w takim samym stopniu zająć się budowaniem w swojej drużynie optymizmu, w jakim zajmuje się rozwojem techniki i taktyki swoich zawodników.

Kilka razy pisałam już na tym blogu, że do rozwoju osobie zajmującej się sportem potrzebna jest większa samoświadomość. Pierwszym etapem w jej budowaniu jest rozpoznanie swoich mocnych i słabych stron. Wykonanie tej pracy daje wielkie efekty: być może dzięki takiej analizie uda się zawodnikowi/zawodniczce znaleźć taką pozycję, w której słabsze strony nie będą przeszkadzać, a będą mogły w pełni błyszczeć te najmocniejsze? Być może są elementy, których niewielkie poprawienie przyniesie dużą zmianę (czasem np. zmiana żywienia przekłada się bardzo radykalnie na poziom sportowy)? To zadanie dla trenera i zawodnika – zrobić to rozpoznanie. No właśnie:

Powiedz im, w czym są dobrzy. Muszą to wiedzieć. (str. 66)

To nieprawda, że zawsze to wiedzą. Czasem się domyślają. Czasem trwonią mnóstwo energii na zastanawianie się, co myśli trener. Czasem tracą jej jeszcze więcej na interpretowanie dziwnych sygnałów wysyłanych przez trenera np. za pomocą mowy ciała. To nie są sprawy, na których zawodnik powinien się skupiać. Dlatego ma to słyszeć od trenera: jesteś w tym dobry, to wnosisz do drużyny, tego potrzebujemy od Ciebie. Każdy, nawet z założenia rezerwowy zawodnik ma wtedy szansę poczuć się kimś ważnym i potrzebnym, a tym samym budować swoją pewność siebie. A tym samym więcej i chętniej się uczyć, a tym samym…. No właśnie. Koło się zamyka.

Zaangażowanie. To trudne, by przez całe zawody okazywać je bezustannie. Najważniejszą sprawą wydaje się być budowanie w trakcie treningów i meczów takiego podejścia do sytuacji zawodów, które można by określić mianem traktowania meczu jako WYZWANIA (w odróżnieniu od ZAGROŻENIA). Dość łatwo, nawet po kilku minutach obserwacji gry, zauważyć, który z graczy widzi w sytuacji meczowej wyzwanie (jego mowa ciała będzie wyrażała pewność siebie, będzie podejmował ryzyko a w sytuacji błędu nie będzie się czuł zdeprymowany, tylko spróbuje jeszcze raz, i jeszcze raz, będzie brał na siebie odpowiedzialność i wspierał kolegów z drużyny), a który zagrożenie (wprawny obserwator szybko go wypatrzy: zazwyczaj jest przygarbiony i spięty, mało widzi na boisku, stara się jak najszybciej oddać piłkę, wchodzi w takie sytuacje, które nie mają szans powodzenia, jest sparaliżowany strachem). Abrahams pisze:

Wyzwanie jest dynamiczne, zagrożenie jest statyczne./ Wyzwanie jest głośne, zagrożenie jest ciche./Wyzwanie pracuje ciężko (w odpowiedni sposób w odpowiednim czasie), zagrożenie jest leniwe lenistwem kurczaka pozbawionego głowy./Wyzwanie jest wolnością, zagrożenie jest strachem./ Wyzwanie ma podniesioną głowę i sprawdza ustawienie swoich barków, zagrożenie widzi tunelowo./ (…) / Wyzwanie się pokazuje, zagrożenie się chowa./ (…) / Wyzwanie jest szybkie, zagrożenie jest wolne. (str.100)

Moglibyśmy sami rozbudowywać tę listę w nieskończoność. Jak widzicie, tematu pełnego zaangażowania nie sposób oddzielić od pewności siebie (mowa ciała!) czy kreatywności (zawodnik nastawiony na wyzwanie podejmuje ryzyko i szuka na boisku okazji).

Spójność. Podstawową sprawą, którą zaleca Abrahams, jest budowanie wspólnoty celów, które łączą drużynę. Naturalnie, dobrze jest, gdy zawodnicy choć trochę się lubią (będzie im łatwiej się komunikować, chętniej będą współpracować na boisku), ale dużo ważniejsze jest takie zbudowanie drużyny, która widzi wspólne cele. Wtedy nawet pozaboiskowe animozje nie będą rujnować pracy drużyny i uda się uniknąć sytuacji, w których nie podaje się piłki dobrze ustawionemu piłkarzowi tylko dlatego, że się go nie lubi lub zazdrości mu talentu (pamiętacie książkę Pirlo?).

I jeszcze jedno. Abrahams pisze tak:

Gdy Twoja drużyna wygrywa, to „MY”. Jeśli Twoja drużyna przegrywa, to „JA” (str. 165).

Słuchając czasem konferencji pomeczowych mam wrażenie, że niejednokrotnie jest na odwrót: trenerzy czują się ojcami sukcesu, ale jako przyczynę porażek widzą tylko swoich zawodników. To niewłaściwa optyka. Lider, trener – służy swoim zawodnikom. I ma prowadzić ich na szczyt – nie szczyt tabeli – szczyt ich możliwości jako sumy możliwości pojedynczych zawodników i jako drużyny.

***

Książka, o której dziś Wam napisałam, jest kopalnią wiedzy dla trenerów (niech pokuszą się o jej przeczytanie ci, którzy choć na średnim poziomie posługują się językiem angielskim). Jest także wyrazem bardzo zdrowej w mojej ocenie filozofii sportu, o której piszę na tym blogu. Wierzę, że choć pewne rzeczy tu zasygnalizowane (bo w książce jest ich dużo więcej) wydają się być wyidealizowane i oderwane od rzeczywistości, wcale takie nie są. I wprowadzanie zmian na poziomie komunikacji (nie tylko tej werbalnej), okazywanie szacunku, budowanie zdrowej pewności siebie, tworzenie atmosfery kreatywności i podejmowania ryzyka przynosi efekty. Podobnie jak filozofia poszukiwania obszarów, w których możemy poprawić się chociaż o 1 %. Bo sukces we współczesnym sporcie to zawsze suma dopilnowanych szczegółów.


Dan Abrahams – Soccer Brain. The 4C Coaching Model for Developing World Class Player Mindsets and a Winning Football Team. Bennion Hearny Limited, 2013.

piątek, 27 lutego 2015

Pies i kaczka czyli „jesteś tym, co pamiętasz”

Dziś krótko o niezwykłej książce Ewy Woydyłło – Dobra pamięć, zła pamięć. Tytuł wiele mówiący – od razu sugeruje, że pamięć może być różna, a co za tym idzie – te same obiektywne zdarzenia możemy różnie pamiętać. Istotne jest także to, że autorka przyjmuje założenie, że nasz dobrostan, w tym zdrowe poczucie własnej wartości, zależą od naszej pamięci:

Rozważania moje mają przekonać o tym, że pamięcią można kierować. Nie tylko można, ale wręcz trzeba. Im bardziej komuś pamięć ciąży i dokucza, tym większe powinien robić w niej porządki. Polegają one na swoistej pracy nad wspomnieniami; aby ich udział w funkcjonowaniu świadomości i konsolidacji tożsamości wzmacniał poczucie wartości, a nie osłabiał lub dewastował. A jeśli do tego już doszło, trzeba nauczyć się przywoływać wspomnienia uzdrawiające i wybierać spośród zmagazynowanych w pamięci wspomnień dobrych i niedobrych – te najlepsze. Zarówno uczenie się, jak i mądre gospodarowanie zasobami pamięci wiąże się z dbaniem o jakość życia. (str. 14-15)

Bardzo ciekawym spostrzeżeniem jest to, że nikt z nas nie ma w głowie w pełni zobiektywizowanego buchaltera czy komputera, który prowadzi szczegółowe księgi plusów i minusów w naszym życiu. Ma to poważne konsekwencje: niektóre osoby, czasem po wielu latach, odkrywają na przykład, że ich dzieciństwo nie było wcale takie złe, jak im się wcześniej wydawało (lub na odwrót). Mamy pewną tendencję do wybierania i pielęgnowania pewnych wspomnień, a umniejszania i maskowania w magazynie pamięci innych. Wszystko w dodatku można różnie zinterpretować – i nie chodzi o zamiatanie faktów pod dywan, ale umiejętność spojrzenia na zdarzenia lub innych ludzi także w taki sposób, by zauważyć pozytywy z tych zdarzeń lub od tych ludzi płynące. Niejednokrotnie sytuacje, które wywoływały w nas silny lęk, przerażenie czy smutek – po latach okazują się być punktami przełomowymi, które zaprowadziły nas w zupełnie nowe – często lepsze – obszary życia.

Dlaczego na tym blogu na ten temat? Odpowiedź jest prosta: umiejętność wpływania na sposób interpretacji tego, co mieszka w naszej pamięci, ma kluczowe znaczenie dla samooceny.

Bez wątpienia wpływ na nasze poczucie wartości mają bieżące wydarzenia oraz informacje zwrotne płynące od ważnych dla nas osób. Nie da się jednak ukryć, że zależy ono także od naszej pamięci, a właściwie od tego, czy w naszej głowie (i ciele – ale o tym kiedy indziej) rządzi pamięć dobra, czy pamięć zła.

Czasem potrzeba włożyć sporo wysiłku, usiąść nad kartką i pomyśleć nad sobą, swoimi umiejętnościami, swoimi relacjami z innymi ludźmi. Pewnie w relacji z każdym człowiekiem otrzymujemy jednak także coś dobrego. Coś dobrego zawsze też możemy odnaleźć w sobie. Jak już wspominałam, pracę z osobami, które trafiają do mojego gabinetu, zaczynam zwykle od analizy jej/jego mocnych i słabych stron. To doskonała okazja, żeby popatrzeć na siebie nieco z boku i uczciwie dostrzec w sobie pewne wartości oraz obszary, które mamy możliwość rozwinąć. Bo pewność siebie nie jest nam dana raz na zawsze (a co jest?...). Faluje i zmienia się, zależnie od okoliczności, samodyscypliny a także umiejętności skierowania reflektora uwagi na te milsze obszary w magazynie naszej pamięci.

Psycholog Jonathan Brown podsuwa pewien pomysł. Wiadomo, że kaczka wychodzi z wody prawie sucha. Pies natomiast po wyjściu z wody musi się długo otrząsać, zanim wyschnie mu sierść. Brown uważa, że podobnie jest z ludźmi. Niektórzy wychodzą z przykrej sytuacji czy porażki jak kaczki z wody – wszystko po nich spływa bez śladu, natomiast inni – jak psy – po „zmoknięciu” muszą się dość długo otrząsać, by się osuszyć. Ale w końcu też wyschną. Powinni więc po prostu nauczyć się otrząsać, zamiast tragizować. (str. 236)

Po ważniejszych wydarzeniach w naszym życiu, także zawodowym i sportowym, warto reflektor uwagi skierować na poszukiwanie plusów. W przypadku sportowca wygląda to dosyć prosto (choć wierzcie mi, zazwyczaj na początku wcale proste nie jest): po każdych zawodach/meczu należy gruntownie przemyśleć przede wszystkim rzeczy, które zrobiło się dobrze. Następnie przyjrzeć się tym, które nas w pełni nie zadowoliły – i od razu spróbować je przekuć na dobrze sformułowane cele (więcej na ten temat tutaj). W perspektywie tygodni i miesięcy może się okazać, że pozornie krucha pewność siebie niepostrzeżenie wzmacnia się. A co równie ważne – jest pewnością zakorzenioną w rzeczywistości, a nie nadmuchaną bańką związaną z rojeniami na swój temat.

Z sumy takich zapisków – początkowo na kartkach lub w komputerze, potem także w naszym mózgu – splata się coraz mocniejsza i gęstsza tkanina, która najlepiej amortyzuje ewentualne perturbacje.

Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do przeczytania książki Ewy Woydyłło, ale także do nastawienia swojego wewnętrznego reflektora na funkcję „Dobra pamięć”.


Ewa Woydyłło – „Dobra pamięć, zła pamięć”. Wydawnictwo Literackie, 2014.


środa, 11 lutego 2015

O uwadze różnych ważnych osób

Ujawniam się pierwszy raz w tym roku nie dlatego, że zabrakło tematów, ale dlatego, że utknęłam na dłużej w książce, która zrobiła na mnie duże wrażenie i pewnie pojawi się w kilku postach – przy okazji kilku różnych tematów. Mowa o książce „FOCUS. Sztuka koncentracji jako ukryte dążenie do doskonałości” Daniela Golemana. Być może niektórzy z Was pamiętają jego bestseller pt. „Inteligencja emocjonalna”. Tym razem Goleman uważniej – i z różnych perspektyw – przygląda się… uwadze.

Książka ma charakter dość optymistyczny – bo bardzo szybko doczytać w niej można, że uwaga jest czymś zdecydowanie wyćwiczalnym:

Uwaga zachowuje się jak muskuł: źle używana może wiotczeć, używana dobrze – rośnie. (str. 14)

Zanim jednak radośnie zabierzemy się za prężenie muskułów, przyjrzyjmy się trzem ważnym elementom, które muszą śmigać razem, w sposób zbalansowany, żeby nasze funkcjonowanie było optymalne:

- Skupienie na świecie wewnętrznym (inner focus),
- Skupienie na innych ludziach (other focus),
- Skupienie na rzeczywistości zewnętrznej (outer focus).

Tak, tak, to nie pomyłka, skupienie na innych ludziach jest tak ważne, że zostało wyodrębnione z obszaru skupiania się na świecie poza mną.

To oznacza pewien kłopot – skupienie na znajdującym się przede mną człowieku jest niemożliwe, jeśli większość mojej uwagi umyka do leżącego na stole przede mną smartfona… Każda z form skupiania się, o której napisałam powyżej, narażona jest na mnóstwo rozproszeń (bardzo podoba mi się to słowo). Mechanizm uzależnienia od takich rozproszeń jest u niektórych osób tak silny, że aby móc wykonywać swoją pracę (na przykład wymagającą przeczytania długiego tekstu ze zrozumieniem), sięgają po leki na ADHD, bo bez nich nie są w stanie wykonać takiej czynności.

[Tu osobista dygresja – nie bez powodu teksty, które zamieszczam na tym blogu, są relatywnie długie. To moja osobista walka o trening uwagi, także mój, jako osoby piszącej].

Książka Golemana, inspirująca dla mnie w wielu obszarach, zachęciła mnie do rozważań nad tematem, który często pojawia się w mojej pracy, niezależnie, czy pracuję ze sportowcami, trenerami czy biznesmenami. Wielu ludzi zastanawia się, jakie cechy trzeba mieć, żeby stać się świetnym, charyzmatycznym liderem i jeszcze – czy te cechy, których mi brakuje, są możliwe do nauczenia. Dobry lider, zdaniem Golemana, potrafi świetnie przełączać się między trzema formami skupienia, o których pisałam wcześniej. Na poziomie organizacji można powiedzieć, że przetrwa ta, która z jednej strony będzie umiała eksplorować (będzie innowacyjna – ale to wiąże się z wysokimi kosztami oraz ryzykiem stworzenia produktu, który nie znajdzie uznania klientów), a jednocześnie eksploatować (opierać znaczną część swojego funkcjonowania np. na sprzedaży dobrze się dotychczas sprzedającego produktu). Równowaga jest konieczna – wiele firm „przesypia” moment, w którym potrzebne jest wprowadzenie zmian i wpada w poważne kłopoty.

Goleman pisze w swojej książce o bardzo ważnej rzeczy – każdy z nas, także lider, będąc pod wpływem stresów i lęków, działa w sposób zautomatyzowany, a jego uwaga bardzo się zawęża. Może brzmi to jak truizm, ale truizmem nie jest. Trener, który w swej pracy będzie „cisnął” swój zespół i sztab wyłącznie pod kątem wyników (i to szybko) nie ma szans na stworzenie takiej atmosfery, która umożliwi jego drużynie wspięcie się na szczyt swoich możliwości.

Kiedy walczymy o przeżycie, uwaga się zawęża (str. 242).

Konieczne jest znalezienie równowagi między dążeniem do celów (także tych wynikowych) a empatią i dobrą komunikacją z innymi ludźmi. Oczywiście, szala nie może odchylać się w żadną stronę, miłe pogaduszki i ciągłe klepanie się po plecach także nie przybliżą nas do naszych celów (chyba że naszym celem jest przebywanie w miłej grupie poklepujących się po plecach ludzi J). Optymalnie funkcjonujący zespół musi jednak od swojego lidera otrzymać przestrzeń do załatwienia różnych spraw (na przykład ujawnienia dławiących grupę konfliktów).

Znasz dobrego lidera, który nie umie słuchać ludzi? Ale, uwaga! Nie tylko umie. Regularnie to robi! W nawale spraw, obowiązków, stresów i ilości presji nawet lider potrafiący słuchać, słuchać aktywnie nie będzie. Nasz wewnętrzny procesor ma bardzo ograniczone możliwości. Mihály Csíkszentmihályi twierdzi, że ten procesor przetwarza ok. 110 bitów na sekundę. I nie bardzo da się więcej. Rozmowa z drugim człowiekiem angażuje ok. 60. Czy, w natłoku spraw, obowiązków, myślenia o nieodebranych i niewysłanych mailach, potrafisz wygospodarować to 60 bitów? Ciężko, ale to ważne. Umiejętność słuchania ludzi to jedna z najważniejszych kompetencji każdego lidera, niezależnie od jego profesji.

Moje podsumowanie dla liderów brzmi: Twoją siłą i zarazem odpowiedzialnością jest umiejętność takiego wzięcia na swoją klatę brzemienia oczekiwań i celów, by tylko częściowo presja ta przechodziła na ludzi, których prowadzisz. Twoim zadaniem jest znaleźć w sobie siły i czas, by ich wszystkich i każdego z osobna widzieć, słyszeć i dopuszczać do głosu – choćby dlatego, że być może ktoś z nich uchroni całą grupę przed katastrofą, bo zauważy coś, czego Ty nie widzisz. Wiem, że w realiach np. polskiego sportu to zadanie bardzo trudne, ale możliwe. Zrezygnuj z niektórych rozproszeń po to, żeby znaleźć czas i siły na to, co jest naprawdę ważne – dobrą komunikację z Twoimi ludźmi.


Daniel Goleman – FOCUS. Sztuka koncentracji jako ukryte dążenie do doskonałości. Media Rodzina 2014. Przekład: Piotr Szymczak.


sobota, 27 grudnia 2014

„Myślę, więc gram” – tytuł mówi wszystko

Tytuł zaiste mówi wiele, ale to nie powód, aby na tytule poprzestać. Jeśli ktoś z Was znalazł tę książkę pod choinką – niech czyta. A jeśli ma możliwość, by jakiś nietrafiony prezent na nią wymienić (np. przysłowiowy już niemal sweter z reniferem) – rozważyłabym tę opcję. Pośród wielu książek biograficznych napisanych bądź podpisanych nazwiskiem sportowców ta wydaje się być jedną z ciekawszych. Może także dlatego, że i bohater-autor dość wyjątkowy.

Ponieważ tego bloga czytają także osoby, które nie interesują się futbolem, może krótka informacja: Andrea Pirlo to włoski defensywny pomocnik grający w najważniejszych włoskich klubach (wychowanek Brescii Calcio, później zawodnik takich klubów jak Inter Mediolan, AC Milan, obecnie Juventus Turyn). Wielokrotny reprezentant Włoch. To ważne, na jakiej gra pozycji. Pozycja taka wymaga bowiem dużej boiskowej inteligencji i umiejętności rozgrywania piłki, z drugiej strony jednak sprawia, że nie jest się na medialnym świeczniku tak jak dzieje się to w przypadku napastników, a w mniejszym stopniu ofensywnych pomocników oraz bramkarzy. Być może to jest powód, dla którego TAKI zawodnik nie ma najmniejszych szans na zdobycie wyróżnienia typu „Złota Piłka”.

Cesare Prandelli (dla niewtajemniczonych: były piłkarz a obecnie włoski trener piłki nożnej, do niedawna selekcjoner włoskiej kadry narodowej) napisał we wstępie książki Pirlo tak:

Andrea urodził się po to, by mieć marzenia i by pozwolić marzyć innym. W głębi duszy nadal jest tym samym chłopakiem, który wiele lat temu zakładał na siebie przydużą koszulkę Brescii. W tamtych czasach Atalanta mogła go pozyskać, ale byłby to prawdziwy policzek dla rywali. Pamiętam, że zwołaliśmy wówczas specjalne zebranie, na którym dyskutowaliśmy o możliwości sprowadzenia Pirlo do naszej drużyny, ale prezydent Percassi, bardzo światły człowiek, zrozumiał, że wywołalibyśmy w ten sposób dyplomatyczny incydent. Nigdy nie zapomnę tego, co wtedy powiedział: „Pirlo zostaje tam, gdzie jest. Takich jak on trzeba zostawić w spokoju. Chłopak powinien cieszyć się grą – nie chcę, by z naszego powodu znalazł się już teraz pod jakąkolwiek presją. Powinien pozostać piłkarzem wszystkich”. (str. 10-11)

W poprzednim poście pisałam Wam o książce Josha Waitzkina – tam również zwrócił moją uwagę fragment o tym, że Waitzkin jest wdzięczny swemu pierwszemu trenerowi i rodzicom, którzy opóźniali start małego Josha w turniejach – także z tego powodu, by rozwijać w nim radość z gry, a zdejmować z niego wszelką możliwą presję. Może jednak tędy droga, gdy najmłodsze pokolenie szuka swoich pasji w sporcie?...

Wracając do Pirlo – choć jego talent i umiejętności zwracały uwagę bardzo wcześnie, spowodowało to jednak wielką presję i mnogość negatywnych komentarzy na trybunach, co było niezwykle trudne do zniesienia dla rodziny piłkarza. Co gorsza, czasem oznaczało to także ostracyzm ze strony kolegów z drużyny – w końcu po co podawać mu piłkę? Żeby pokazywał, jaki z niego Maradona?... Tak Pirlo wspomina jeden z meczów, gdy miał 14 lat:

Nikt nie zagrał do mnie ani razu. Koledzy z drużyny grali między sobą, zupełnie mnie ignorując. Biegałem z nimi, ale mnie nie widzieli, a raczej: traktowali mnie tak, jakby mnie tam nie było. Odcięli się ode mnie jak od trędowatego, tylko dlatego, że grałem lepiej niż oni. (…) W pewnym momencie puściły mi nerwy i wybuchnąłem płaczem. Tam, na boisku, na oczach 21 przeciwników – w tym dziesięciu z mojej własnej drużyny. (…) Takie rzeczy i emocje nie powinny się już przydarzać na tym etapie życia. 14-latek powinien strzelać gole i cieszyć się z nich, jednak w tym wypadku to, że zdobywał ich wiele, niektórym było wyraźnie nie na rękę. Był to przełomowy moment w mojej dopiero rozpoczynającej się karierze piłkarskiej, która już tamtego dnia obrała właściwy kierunek. Możliwości istniały dwie: wkurzyć się i zrezygnować albo wkurzyć się i walczyć dalej, ale po mojemu. Druga opcja wydała mi się bardziej inteligentnym rozwiązaniem, możliwym do zrealizowania od zaraz. Zamiast czekać na piłkę sam po nią pobiegłem. Raz, dziesięć, 100 razy. (…) Kiwałem wszystkich, nawet tych z własnej drużyny. Co do jednego mylili się, i to bardzo: nie miałem najmniejszego zamiaru zgrywać bohatera. (str. 27-29).

Trudno uwierzyć w aż taką determinację u 14-latka:

Tamtego popołudnia sprawy potoczyły się jednak inaczej. Zacząłem wewnętrzną dyskusję z samym sobą, cichą i zupełnie prywatną: „ Andrea, nie możesz postrzegać bycia kimś wartościowym za ciężar. Reprezentujesz wyższy poziom i powinieneś być z tego dumny. Matka natura była wobec ciebie szczodra i obdarzyła cię talentem. Wykorzystaj go. Chcesz zostać piłkarzem? Czy to tego właśnie pragniesz? (…) W takim razie bierz tyłek w troki i biegnij po tę piłkę. Baw się nią. Jest twoja, musi być twoja, bo ci zazdrośnicy na nią nie zasługują. Są złodziejami emocji, a ty musisz odzyskać, co twoje. Uśmiechaj się. Bądź szczęśliwy. Poczuj magię tej chwili i sięgaj po kolejne. (str. 30)

Taka taktyka, choć niezwykle trudna i, co tu ukrywać, niezwykle kontuzjogenna, w końcu przyniosła efekty:

Pierwszy prawdziwy sukces odniosłem wtedy, gdy koledzy z drużyny zaczęli podawać mi piłkę częściej niż mnie faulować. Zaczynałem od proporcji jeden do dziesięciu (dziesięć fauli na jedno podanie piłki, która i tak trafiała do mnie zupełnie przez przypadek). Z biegiem czasu ów rząd wielkości zmieniał się, aż w końcu przewagę liczbową osiągnęły podania. (str. 33)

Czytelnikowi książki (czy tego bloga) może wydawać się, że to wydumany, niespotykany problem. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że jest to temat dość powszechny, a w sportach zespołowych, bez odpowiedniej uważności sztabu szkoleniowego, takie rzeczy naprawdę się zdarzają… Pirlo komentuje to dość patetycznie, ale nie bez racji:

Chłopcy z młodzieżówki Brescii nie byli źli. Mieli po prostu poważny problem, z którym ciągle sobie nie radzili: bali się własnych marzeń, nie potrafili ich udźwignąć i byli nimi wręcz przytłoczeni. Uważali mnie za potwora, zabójcę ich przyszłości, dlatego choć pierwszy wyciągnąłem do nich rękę, oni ją odtrącali. Zostali w tyle, aż w końcu całkowicie wycofali się z wyścigu po zawodowstwo. A przecież lepiej biec za szybszym i nawet dotrzeć na metę jako drugi niż zatrzymać się i zrezygnować z dalszej walki. Niestety, oni nigdy tego nie zrozumieli. (str. 37)

To poważny problem w sporcie czy w szkolnictwie artystycznym. Czy fakt, że wiadomo, że nie zostanę wirtuozem, powinien oznaczać, że mam sobie odpuścić dalszy rozwój? Czy jeśli wiem, że nie osiągnę najwyższego poziomu zawodowstwa, to powinienem dać już sobie spokój? W wielu postach temat ten już się pojawiał: każdy z nas powinien sam określić, co jest jego sukcesem. Czasami sam fakt, że ma się możliwość regularnie trenować i grać, można uznać za sukces i powód do szacunku. Łatwiej o takie podejście, gdy młody adept sportu czy sztuki na samym początku nakierowywany jest na szukanie radości i pasji w swoim zajęciu, a nie na uzyskiwanie wyników. Paradoksalnie bowiem, niejednokrotnie im mniejszą wagę przywiązujemy do wyniku, tym łatwiej o jego osiągnięcie…

To tylko niektóre wątki warte omówienia, które pojawiają się w książce. Wielbiciele piłki nożnej bez wątpienia znajdą tu wiele anegdot i dowiedzą się więcej o kulisach wielkich kontraktów. Dla mnie najważniejszym powodem dla czytania tej książki jest jednak fakt, że Pirlo to dla mnie zaprzeczenie negatywnego stereotypu piłkarza. On naprawdę gra tak dobrze właśnie dlatego, że myśli.


Adrea Pirlo, Alessandro Alciato – „Myślę, więc gram”. Wydawnictwo SQN, Kraków 2014. Przełożył: Marcin Nowomiejski.

czwartek, 20 listopada 2014

Talent czy praca? Trening możliwie jak najwcześniejszy czy niekoniecznie? Dziś o kilku pytaniach zasadniczych na przykładzie małego szachisty, który stał się wielkim wojownikiem.

W swojej pracy niejednokrotnie spotykam się z pytaniami o wiek, w jakim dzieci powinny zaczynać uprawianie sportu. Moja najprostsza odpowiedź brzmi: w każdym. Ale wszystko zależy od wieku dziecka, jego możliwości, wymagań dyscypliny i wielu, wielu czynników. Bez wątpienia można zaobserwować tendencję do obniżania wieku specjalistycznego treningu.  To zdecydowanie lepiej, gdy dzieciom zapewnimy dużą dawkę ruchu, choć specjaliści od pedagogiki podkreślają, że dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym – oprócz zorganizowanych form – potrzebują spontanicznego „ganiania” w grupie, bez specjalnych reguł i założeń treningowych.  Warto również pamiętać, by metody treningowe były dopasowane do wieku i zapewniały u młodszych dzieci przede wszystkim warunki do dobrej zabawy, a od strony sportowej – do ogólnego rozwoju, a nie koniecznie do specjalistycznego treningu.

W swojej pracy spotykam się jednak także często z pytaniem o bardziej fundamentalnym znaczeniu: talent czy praca? Co decyduje o sukcesie? Jako ciekawy przykład chciałam dziś przedstawić sylwetkę osoby chyba dość mało w Polsce znanej – a w mojej ocenie niezwykle interesującej, także w kontekście tego tematu. Proszę, poznajcie Josha Waitzkina. Joshua, urodzony w 1976 roku, w wieku 6 lat zapałał miłością do szachów. Stało się to ot tak, podczas obserwowania grających dorosłych w jednym z nowojorskich parków. Szybko rozpoczął naukę pod okiem wykwalifikowanych specjalistów i zaczął odnosić spektakularne sukcesy. Na przykład w wieku 11 lat potrafił zremisować z Garrim Kasparowem. W swojej książce „The Art Of Learning. An inner journey to optimal performance” przyznaje jednak, że w pewnym momencie… przerosła go sława! Bycie cudownym dzieckiem w jakiejś dziedzinie potrafi przysporzyć obciążeń, które nie dla wszystkich są do udźwignięcia. Od 2000 r. Waitzkin nie gra już w oficjalnych turniejach szachowych. Za to jako młody dorosły człowiek, w ramach poszukiwania pomysłu na siebie i poradzenia sobie z własnym stanem psychicznym rozpoczął trenować Tai Chi Chuan (nie, to nie jest ta gimnastyka dla staruszków, którą masz na myśli. Mówimy o tradycyjnej sztuce „prawdziwej” walki z przeciwnikiem, a nie tylko o walce z zastanymi stawami i niesprawnymi mięśniami) i w krótkim czasie osiągnął poziom umożliwiający mu rywalizację sportową na najwyższym światowym poziomie. Przejście od jednej do drugiej dyscypliny dokonało się w relatywnie krótkim czasie, w dodatku treningi tej drugiej rozpoczął już jako niemal dorosły człowiek, a mimo to potrafił mierzyć się jak równy z równym na mistrzostwach świata w Tajwanie.

We wspomnianej już książce Waitzkin pisze o sobie tak:

Zrozumiałem, że to, w czym jestem najlepszy, to nie Tai Chi, ani nie szachy – to, w czym jestem najlepszy, to sztuka uczenia się. (str. XXI, tłumaczenie własne).

Chciałabym jednak, abyśmy na moment zatrzymali się na etapie wczesnego treningu małego Josha:
Pomimo znaczącej presji z zewnątrz, moi rodzice i Bruce [trener] zdecydowali, by trzymać mnie z dala od turniejów, abym pograł przez co najmniej rok, ponieważ chcieli, by moja relacja z szachami przede wszystkim opierała się na uczeniu się i pasji, a dopiero dalej na rywalizacji. Moja mama i Bruce mieli ambiwalentne uczucia odnośnie narażania mnie na silną presję rywalizacji szachowej – i dali mi kilka ekstra miesięcy niewinności, za które jestem im niezwykle wdzięczny (str. 11)

Dzieci, gdy zaczynają uprawiać sport, całe żyją rywalizacją. Podkręcanie w nich nastawienia rywalizacyjnego zbyt wcześnie skutkuje jedynie rozwijaniem u nich motywacji zewnętrznej, a jak już pisałam tutaj, optymalnie jest, gdy zapał pochodzi z pasji, a nie z potencjalnej nagrody. Dlatego podoba mi się koncepcja, by młoda osoba, czymkolwiek by się nie zajmowała (np. grała na pianinie), możliwie jak najpóźniej stawała się obiektem porównań i rywalizacji. To jest najważniejsze zadanie trenera /nauczyciela/rodzica pracującego z dzieckiem rozpoczynającym przygodę z czymś nowym: rozpalić w nim zamiłowanie do tego, czym ma się zajmować, a nie do nagród, dyplomów, pieniędzy.

Kształtowanie nastawienia do wykonywanej dziedziny w oparciu o rozwój pasji sprzyja budowaniu zdrowej pewności siebie oraz przygotowuje na sytuacje, kiedy pojedynek z przeciwnikiem jest ciężki. Właśnie takie nastawienie pozwala podjąć rzeczywistą walkę, a nie szybko się poddać, widząc, że rywalizacja będzie trudniejsza niż się przypuszczało.

Waitzkin opisuje w swojej książce niezwykle ważny eksperyment psychologiczny, który daje do myślenia. W badaniach prowadzonych przez dr Carol Dweck podzielono grupę dzieci na dwie podgrupy: w jednej dzieci postrzegały siebie jako „zdolne w określonej dziedzinie” a w drugiej jako osoby, które rozumieją, że „coś im się udało, bo przyłożyły się do pracy”. Obie podgrupy, pisząc w uproszczeniu i uśrednieniu, były tak samo inteligentne. Obu grupom dano na początku do rozwiązania proste zadania matematyczne, z którymi obie grupy poradziły sobie bez problemu. Następnie – uwaga, uwaga – obu grupom dano do rozwiązania zadania nie do rozwiązania – i naturalnie obie grupy na tym „poległy”. Najciekawsze miało dopiero jednak nadejść – obu grupom ponownie dano zadania na poziomie trudności tych, które dzieci robiły na samym początku. Czy muszę pisać, która grupa poradziła sobie z zadaniem, a która poległa?... No właśnie. Dzieci, które uważały, że są dobre w matmie, a zderzyły się z porażką, miały problemy z rozwiązaniem zadań, które doskonale potrafiłyby zrobić, gdyby nie doświadczenie klęski! Nie stało się tak jednak z grupą dzieci, które swoje poczucie wartości opierają na ilości pracy, którą trzeba wykonać, a nie na talencie – te dzieci bowiem bez problemu łatwe zadania rozwiązały na takim poziomie, jak na początku eksperymentu, czyli oparły się wpływowi dotkliwej porażki na swoje poczucie własnej wartości.

To potężne źródło informacji pokazujące, że kluczową sprawą w wychowaniu i trenowaniu jest wytwarzanie w dzieciach przekonania o konieczności systematycznej pracy, a nie na tym, że ktoś urodził się z talentem lub bez niego – i to go tłumaczy w zakresie porażek i sukcesów. Sukces jest wynikiem pracy – tylko tyle i aż tyle. Waitzkin twierdzi w dodatku, że na wypracowanie takiego nastawienia NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO.

Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie sukcesu sięgają gwiazd, w każdej walce dają z siebie całe serce i w końcu odkrywają, że lekcje płynące z dążenia do doskonałości znaczą dużo więcej niż natychmiastowe trofea i chwała. W długim biegu – to bolesne porażki mogą okazać się dużo bardziej wartościowe niż zwycięstwa. (str. 33-34)

Nastawienie oparte na pasji i pracy, zdaniem Waitzkina, daje jeszcze jeden efekt: zmniejsza lęk przed porażką, a to oznacza zrzucenie często gigantycznego ciężaru z barków!

W opowieści Waitzkina pojawia się jednak w pewnym momencie niezwykle ważny temat – a co, jeśli chce się zacząć coś nowego? A co, jeśli ma się dość tego, czym umysł i ciało były zajęte przez ostatnie lata? Tai Chi wciągnęło Waitzkina z prostego powodu – na treningu nie chodziło o wygranie, ale o bycie. Tu i teraz. Zakorzenienie się w rzeczywistości, skupienie się na jakości tego, co się robi a wyłączenie myślenia o wygrywaniu – pozornie paradoksalnie – prowadzi do tego, że przychodzi taki moment, kiedy jest się gotowym na zmierzenie się w prawdziwym pojedynku. Josh Waitzkin, jak wielu największych artystów czy sportowców, kładzie nacisk na wizualizację. Było to dla niego szczególnie ważne w okresie przygotowań do zawodów, które przypadły na czas poważnej kontuzji. To praca wyobraźni sprawiła, że możliwe było szybkie wejście w rywalizację w zasadzie bez okresu rehabilitacji!

Relatywnie szybki sukces Waitzkina w Tai Chi pozwala mi wierzyć, że potrafił on przetransferować pewne umiejętności mentalne, które rozwinął w czasie gry w szachy, na uprawianie sztuki walki. Być może umiałby je przenieść także na inne dyscypliny. Gdy spojrzy się na uczenie w ten sposób, nie dziwi fakt, że Adam Małysz tak szybko po zakończeniu kariery skoczka narciarskiego zaczął tak dobrze radzić sobie w środowisku rajdowym. Jego mistrzowska mentalność zapewne pozwoliłaby mu odnieść sukces w wielu dyscyplinach (życia, nie tylko sportu), gdyby sobie jakąś wybrał (oczywiście uwzględniając przy tym aspekt wieku biologicznego i obciążeń ciała, które przez wiele lat niezwykle ciężko pracowało).

Dlaczego zdecydowałam się napisać Wam dziś o Waitzkinie? W zasadzie z wielu powodów. Najważniejszy jest jednak chyba ten, że na przykładzie jednej osoby można pokazać, że możliwe jest przenoszenie metod uczenia się pomiędzy dyscyplinami, a wręcz na pewnym poziomie wszystko sprowadza się do reguł uczenia się, które dla wszystkich nas i we wszystkich dyscyplinach są takie same. A nade wszystko, że to praca podparta pasją jest tym filarem, na którym powinniśmy opierać nasz rozwój.

Josh Waitzkin - "An Inner Journey to Optimal Performance. The Art of Learning". Free Press, New York, 2007.




niedziela, 2 listopada 2014

„Droga do sukcesu jest zawsze w budowie”

Słowo „sukces” odmieniane jest w wielu poradnikach przez wszystkie przypadki. Większość osób, niezależnie od zajęcia, jakie sobie wybiera, chce ten sukces osiągnąć. (Wspominałam już na tym blogu legendarnego amerykańskiego trenera koszykówki, Johna Woodena, który w dość specyficzny sposób rozumiał słowo „sukces”). Przychodzi co jakiś czas taki moment, w którym stajemy jednak wobec konieczności zmierzenia się z tym, czy osiągnęliśmy sukces, czy nie. Innymi słowy: od czasu do czasu potrzebna jest ocena stopnia realizacji swoich celów a także gruntowne przemyślenie tych celów, które stoją przed nami. W końcu często wybieramy profesje, w których o sukcesie można mówić w sposób bardzo wymierny – na poziomie wyniku sportowego, finansowego czy prestiżowego. Jeszcze trudniej, gdy udało nam się wcześniej uwierzyć, że dzięki pozytywnemu myśleniu i wizualizacji osiągnięcie naszych celów jest w zasadzie tuż za progiem.

Czyżbym nagle miała coś przeciwko wizualizacji i pozytywnemu myśleniu? Ależ skąd. Obserwuję jednak czasami osoby, które uważają, że dzięki pewnym „złotym radom” szybko i radykalnie odmienią swój los a regularne wyobrażanie sobie wygranej w totka natychmiast zapewni nam trafienie szóstki. To nie jest takie proste. O ile przekonana jestem o wartości optymistycznego podchodzenia do rzeczywistości (bo z wielu względów, w tym zdrowotnych, jest to dla nas korzystne) i pozytywnej wizualizacji (bo wykorzystując nasz niesamowity mózg sprawiamy, że zawczasu umiemy przygotować się do bardzo różnych sytuacji i dzięki wyobrażeniom zniwelować poziom zaskoczenia nowością sytuacji a także podtrzymujemy motywację w szczególnie trudnych sytuacjach), o tyle zawsze mam w swojej pamięci kilka dodatkowych spraw:

1. Nie zawsze wszystko zależy ode mnie. Na sukces (rozumiany w sposób bardzo wynikowy) często wpływ mają czynniki, które zupełnie od nas nie zależą. Od naszej inteligencji zależy, jak sprytnie będziemy sobie z nimi radzić, a od motywacji – jak długo będziemy mieli cierpliwość „próbować jeszcze raz”. To jedna z kluczowych umiejętności człowieka sukcesu – skupić się na tym, co zależy ode mnie, a przede wszystkim umieć odróżniać sprawy, na które mam wpływ od tych, na które nie mam.

2. Wszystko dzieje się po coś. Strony z różnymi odmianami memów pełne są motywacyjnych zdań brzmiących niejednokrotnie prawie jak truizm (sama na lodówce mam magnes z napisem „Droga do sukcesu jest zawsze w budowie”), jednak na podstawie swoich obserwacji przyznaję, że zazwyczaj trudne czy wręcz kryzysowe sytuacje są właśnie kuźnią naszych charakterów, a wszelkie zmiany (także te nieplanowane) to najlepsza okazja, żeby wykopać się z ciepełka swojej strefy komfortu (tak, wiem, większość osób powie: ale jaka strefa komfortu, przecież cały czas jest coś nie halo. Zazwyczaj jednak, gdy staranniej poskrobiemy paznokciem, okazuje się, że wiele osób narzekających na swoją sytuację dużo na niej zyskuje, choć nie zawsze umie się do tego przyznać nawet przed sobą).

3. Warto popatrzeć na siebie z boku. Czasem dobrym pomysłem jest wyobrazić sobie sytuację, w której bliska nam osoba znajduje się w identycznym jak my położeniu. Czy rzeczywiście jej położenie oznacza brak sukcesu? Czy są rzeczy, których możemy jej zazdrościć? A może, patrząc z dystansu, można uznać, że jej skargi są przesadzone, bo znalazłoby się mnóstwo osób, które zechciałyby się z nią zamienić? Warto pozwolić także swojej wyobraźni pobiec nieco naprzód – czy za rok obecna sytuacja będzie dla mnie rzeczywiście tak ważna i bolesna?

Sukces niejedno ma oblicze, to na pewno. Nie zawsze sukces to dokładne spełnienie naszych najbardziej odjechanych snów. Czasem to po prostu umiejętność docenienia tego, co się ma. A najczęściej sukces to po prostu umiejętność wstania raz jeszcze, otrzepania kolan i zasuwania nadal w upatrzonym przez siebie kierunku. J