sobota, 15 sierpnia 2015

Bierz od najlepszych czyli „Twórcza kradzież”

Te wszystkie zagrywki ukradłem wielkim zawodnikom. Staram się, żeby moi
poprzednicy byli ze mnie dumni, skoro tyle się od nich nauczyłem.
Robię to dla gry – czegoś dużo ważniejszego ode mnie.
Kobe Bryant

Zdarzają się czasem takie niepozorne książeczki, które mają gigantyczny ciężar gatunkowy. Książki, które chciałoby się zeskanować w całości i od razu zamieścić na Facebooku w postaci zdjęć, oznaczając przy tym połowę osób z listy znajomych, żeby przypadkiem nie przeoczyli. A i tak miałoby się ochotę chodzić i czytać na głos, żeby na pewno przyswoili. Tak na mnie zadziałała ta książeczka.

Mowa o książce Austina Kleona „Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności”. Ponieważ jednak przeczytałam ją dość uważnie, nie będę jej kopiować, tylko o niej napiszę, mam nadzieję, że możliwie twórczo J

Po namyśle stwierdzam, że niby nic szczególnie odkrywczego, bo i cytaty oklepane, i większość porad gdzieś tam już zasłyszana. A jednak z polotem zebrane w całość, w dodatku przez kogoś, kto zmierzył się z kreatywnością w praktyce. Wszakże niby praca pisarza różni się zasadniczo od zobowiązań sportowca czy biznesmena, a jednak… No właśnie.

Wszystko (lub niemal wszystko) już było. Teraz możliwe jest już tylko dalsze przetwarzanie motywów i pomysłów, które skądś przecież czerpiemy. Kleon zauważa jednak, że między kreatywną kradzieżą (która w pewnym sensie jest hołdem dla „okradanego” twórcy) a bezczelnym plagiatem istnieje spora różnica i absolutnie nie namawia do tego drugiego. Rzecz w tym, żeby czerpać z najlepszych (i to licznych), a to, co nam pasuje – mieszać i modyfikować.

Czy masz swojego ulubionego pisarza, który imponuje Ci stylem? Spróbuj zacząć go naśladować (a przy okazji rozłóż na czynniki pierwsze jego warsztat). Pogrzeb w bibliotece i dowiedz się, kogo on sam uważał za swoich mistrzów i poczytaj i naśladuj ich również. I tak szukaj najodleglejszych korzeni tego, co lubisz.

Czy masz swojego ulubionego piłkarza, którego śladem chcesz podążać? Obserwuj go uważnie, we wszelkiego typu sytuacjach – także wtedy, gdy stoi na boisku albo z niego schodzi. Naśladuj go w najmniejszych detalach – a przynajmniej te elementy, które najbardziej Ci się podobają. Ale poszperaj u Wujka Google i znajdź jakiś wywiad, z którego dowiesz się, jacy piłkarze byli wzorem dla Twojego idola. Prześledź ich poczynania – a jeśli to możliwe – kop jeszcze głębiej. Powstanie z tego rozległe „drzewo genealogiczne” Twoich inspiracji.

W starych porzekadłach drzemie głęboka mądrość, bo okazuje się, że jednak powiedzenie „Kto z kim przestaje, takim się staje” głupie nie jest. Więc jeśli dążysz do czegoś, szukaj towarzystwa osób, które zmierzają do podobnych celów, nawet jeśli są na innym etapie swojej wędrówki.

Nie ma prawdziwej kreatywności bez pasji – zajmuj się więc tym, co lubisz, a nie koniecznie tym, na czym teoretycznie się znasz. Kreatywność pochodzi z pasji i przyjemności, a nie koniecznie z formalnego wykształcenia (choć wszelkie formy tegoż generalnie są mile widziane. Ale wykształcenie to nie tylko szkoły i kursy!). Co więcej, to niekoniecznie prawda, że aby być w czymś dobrym, trzeba się temu poświęcić bez reszty. Trzeba mieć różne hobby i pasje, nawet drobne, i mieć czas i siły, by je pielęgnować.

Rzecz w tym, że możesz wprawdzie zrezygnować z kilku pasji, żeby skoncentrować się na jednej, ale wtedy po pewnym czasie zaczniesz cierpieć na bóle fantomowe. (str. 70)

Raczej nic miłego.

Bardzo ważna sprawa – pewnych rzeczy nie ma co odkładać na później, na kiedyś, na wtedy, gdy będą warunki, gdy poznam siebie i odgadnę, do czego jestem powołany/powołana. Gdy zaczniesz tworzyć, wtedy najwięcej dowiesz się o sobie.

Warto w tym wszystkim popielęgnować swoją zdrową pewność siebie (już kilka razy o tym pisałam, ale chyba nigdy dość). Także poprzez zbieranie pozytywnych opinii na swój temat. Na czarną godzinę. Na godzinę zwątpienia.

Czasami mam takie szczęście, że coś mojego zyskuje popularność w internecie i przez tydzień, dwa opływam w tweety i miłe e-maile od ludzi, którzy trafiają na moją twórczość. To naprawdę wspaniałe – jednocześnie dezorientujące i pobudzające. Zawsze jednak wiem, że boom minie, a parę tygodni później wstanę lewą nogą i będę chciał z tym skończyć, zastanawiając się, dlaczego w ogóle mi na tym zależy.

Dlatego właśnie zamieszczam każdy miły e-mail w specjalnym folderze (a chamskie od razu kasuję). Kiedy przychodzi taki gorszy dzień i potrzebuję pocieszenia, to otwieram ten folder i przeglądam kilka e-maili. A potem wracam do roboty. Ty też tak spróbuj. Zamiast trzymać folder z e-mailami, w których Cię odrzucono, prowadź folder z pochwałami. Nie wracaj do niego za często, żeby nie spoczywać na laurach, ale trzymaj go pod ręką na wypadek, gdybyś potrzebował czegoś, co podniesie Cię na duchu. (str. 107)

Nazwałabym to mądrym gospodarowaniem zapasami na zimę – wszyscy wiemy, że „winter is coming” i w końcu przyjdzie dzień, kiedy zrobi się ciężko. Warto mieć zachowane pewne zasoby pozytywnej energii, które pomogą nam przetrwać mrok i chłód.

W książeczce tej znajdziecie kilka porad praktycznych, choćby dotyczących organizowania sobie miejsca i czasu pracy, a także porad ogólnożyciowych (zawsze słuszna rada brzmi na przykład „ożeń się dobrze” – choć wiadomo, że nie o współmałżonka tylko chodzi, ale o otaczanie się ludźmi, którzy nas wspierają, rozumieją i generalnie ciągną w górę). Nie będę jednak zrzynać z Kleona. On mnie tylko (aż!) zainspirował do tego, bym ja zareklamowała Wam jego książeczkę.

Czytajcie i kradnijcie, byle z głową!

Austin Kleon – „Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności”. Wyd. Helion, 2013. Przekład: Maksymilian Gutowski




środa, 22 lipca 2015

Gorąca czekolada i latanie w kluczu – raz jeszcze o motywacji

Na możliwość wpływu na kogoś trzeba najpierw zasłużyć.
Robert Cialdini

Osoby, z którymi współpracuję, wiedzą, że jedną z ważniejszych spraw, na jakie kładę nacisk, jest kwestia komunikacji, zarówno tej werbalnej, jak i niewerbalnej. Pamiętacie pewnie, że w niektórych sytuacjach na niewerbalna ma ogromne znaczenie (czasem sportowemu przeciwnikowi czy słuchaczowi/odbiorcy mówi o nas więcej niż samo wykonanie sportowe, muzyczne czy biznesowe). Pamiętacie zapewne także, że poprzez kontrolę swojej tzw. mowy ciała można wpływać na poziom pewności siebie (wręcz na poziomie hormonalnym!). Jeśli chodzi o komunikację werbalną, zwracałam Wam również uwagę, że liczy się nie tylko to, CO mówimy, ale także JAK to mówimy, bo np. krytykę można serwować w sposób konstruktywny bądź niszczący. Co więcej, traktuję dobrą komunikację jako dobre narzędzie do utrzymania wysokiego poziomu koncentracji przez cały występ oraz jako sposób na poprawienie swojej pozycji w grupie, a czasem nawet kreowanie danej osoby na jednego z liderów całego zespołu.

Cieszę się niezmiernie, gdy zdarza mi się spotykać autorów, których sposób myślenia jest mi bardzo bliski. Przykładem sposobu patrzenia na komunikację i relacje międzyludzkie, który bardzo mi się podoba, jest np. filozofia motywowania i motywacji zawarta w książce Miłosza Brzezińskiego pt. „Głaskologia. Jak pozytywnie wpływać na innych i zwiększać przy tym swoją satysfakcję. Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji”. Książka ta w bardzo przystępny – ale oparty o analizę specjalistycznych badań – sposób utwierdza czytelnika w przekonaniu, że dużo wartościowszą metodą motywowania ludzi (niezależnie od wieku, płci, typu zadań, które są wykonywane) jest budowanie jej w oparciu o marchewkę, a nie kijek. Bo na przykład – w przypadku dzieci w wieku szkolnym długofalowo pozytywne skutki będzie dawało jedynie motywowanie pozytywne, karanie – da efekty bardzo krótkofalowe, a pozostawienie dzieci samych sobie bez informacji zwrotnej – da efekty najgorsze najszybciej.

Podoba mi się bardzo taki oto metaforyczny obrazek: każdy z nas niesie ze sobą przez życie kubek z gorącą czekoladą. I każdy z nas może tej czekolady od siebie dołożyć komuś innemu. I warto to robić szczególnie wtedy, kiedy sprawy idą dobrze (już słyszę głosy: „ale po co nagradzać i chwalić? Przecież zaraz się im poprzewraca w głowach albo innych częściach ciała”…). Właśnie po to, by kredyt zaufania zbudować zawczasu, i np. wtedy, kiedy potrzebna jest krytyka, być osobą, której się ufa i od której konstruktywną krytykę się przyjmie!

A co, jeśli zdamy sobie sprawę, że „ludzie chętniej nas wysłuchają dlatego, ze nas lubią, niż dlatego, że mamy coś mądrego do powiedzenia”? (str. 36).

Wielką sztuką, i w pewnym sensie przekroczeniem wrodzonych mechanizmów działania naszego mózgu, jest umiejętność odkładania na później. Czy to czynienie oszczędności na czarną godzinę w spiżarni czy na koncie, czy to inwestowanie w relacje wtedy, kiedy jest dobrze. Jedno i drugie po to, żeby było z czego czerpać, gdy przyjdą gorsze czasy (a przyjdą w końcu na pewno).

Okazuje się, że ewolucyjnie rzecz ujmując, długofalowo strategią najbardziej opłacalną jest właśnie altruizm, a nie egoizm! Nawet, jeśli czasem ktoś nas w niecny sposób wykorzysta. Można po prostu na życie patrzeć w kategoriach przepływu energii:

Sir Ken Robinson, jeden z najtęższych umysłów naszych czasów, jeśli chodzi o edukację, kreatywność i realizowanie swoich celów w życiu na bazie silnych stron osobowości, twierdzi z kolei, że życie w dużej mierze opiera się na energii. Powiedział kiedyś: „Są rzeczy, które dają energię, i takie, które odbierają. Nic więcej”. Jego zdaniem można więc w osobistym kontakcie, na bazie własnej ciekawości, zbudować bardzo energetyzującą relację – każdy kontakt może być tym czymś, co dodaje energii albo ją odbiera. (str. 45)

Można więc powiedzieć, że jeśli dołożę komuś gorącej czekolady ze swojego kubeczka, to najzwyczajniej w świecie prędzej czy później energia pod postacią czekolady do mnie wróci.

Dlaczego czekolady trzeba nakładać innym całkiem sporo? Ano dlatego, że wszystkie negatywne informacje, które do nas docierają, mają większą moc niż te dobre. Dlatego, dla naszego zdrowia emocjonalnego i fizycznego, a także dla zachowania optymizmu i wytrwałości, potrzebne jest, by na jedną negatywną informację przypadało od trzech do siedmiu dobrych! Wyobrażacie to sobie? To by była rewolucja! J Pozytywne informacje zwrotne, bycie dostrzeżonym i docenionym często motywują lepiej niż wynagrodzenie finansowe. Co ciekawe, zadania premiowane finansowo często wykonywane są w sposób najmniej kreatywny. Nie oznacza to, że za dobrą pracę nie należy dobrze płacić – wręcz przeciwnie. Chcę tylko zwrócić uwagę, że ludzie nie pracują wyłącznie dla pieniędzy i zdarza się, że odchodzą na gorzej płatne stanowiska, byle tylko funkcjonować w bardziej „ludzkiej” atmosferze pracy. Dlatego jeśli chcesz zatrzymać uzdolnionego pracownika czy zawodnika – spraw, by miał motywację do pracy z Tobą.

W pigułce, na co jeszcze zwrócić uwagę:

- uważaj z dawaniem „dobrych rad”. To często zawoalowana krytyka. „Dobra rada” bardzo rzadko spełnia kryteria dolewania czekolady do cudzego kubeczka;

- bądź przewidywalny dla ludzi, z którymi współpracujesz. Najbardziej nieznośna jest huśtawka emocjonalna i niemożność przewidzenia, co się zdarzy;

- odróżniaj agresję od surowości. Agresja nigdy nie działa motywująco;

- chwal za konkrety, doceniaj wysiłek i konkretne działania. W motywowaniu też trzeba być wiarygodnym i spójnym. Wspieraj wysiłek, bo to tylko on popchnie mniej lub bardziej ukryte w ludziach talenty do rozwoju w geniusz.

W książce Brzezińskiego znaleźć można odniesienie do książki Jerzego Dudka i Pawła Habrata „Pod presją”. Dudek, jeszcze ze swojego okresu w Liverpoolu, wspomina jedno ze spotkań z klubowym psychologiem, który puścił piłkarzom film o ptakach lecących w kluczu. To niezwykle ciekawa metafora drużyny i współpracy w ogóle – w kluczu bowiem każdy jest potrzebny i każdy ma swoją rolę. A lider, który prowadzi klucz, od czasu do czasu jest zmęczony i wtedy zostaje na pewien czas zastąpiony kogoś ze swoich „adiutantów” lecących tuż obok niego. Nie da się dolecieć daleko, gdy prezentuje się filozofię, że każdy po równo powinien dać tyle samo wkładu. Ale jednocześnie każdy w kluczu czy drużynie jest ważny – i im lepiej wszyscy to będą rozumieć, tym sprawniej i bezpieczniej uda się dolecieć do celu.

Wszyscy potrzebujemy liderów, którzy będą potrafili brać na siebie ciężar ryzyka i odpowiedzialności. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że w ryzyko wpisane są błędy i zmęczenie, dlatego grupa ma za zadanie „chronić plecki” swoich ludzi i działać jak siatka zabezpieczająca. Taki jest sens współdziałania, a coraz trudniej znaleźć obszary życia, w których da się funkcjonować bez dobrej współpracy w grupie. W sporcie, nawet indywidualnym, jest to niemożliwe.

Sergiusz Trzeciak, autor książki „Coaching marki osobistej czyli kariera lidera” tak pisze o byciu liderem:

Pojęcie przywództwa jest wieloznaczne i dlatego często źle rozumiane. Lider to osoba nastawiona na rozwój i wiodąca w danej dziedzinie, niezależnie od pełnionych funkcji kierowniczych czy tytułów. (…) Lider to nie tytuł czy sprawowana funkcja. To raczej sposób ukształtowania umysłu i proaktywna postawa, jaką się przyjmuje. (str. 248)

Moim zdaniem kluczem do sukcesu jest wykształcenie w sobie (tak, tę postawę trzeba kształcić) umysłu lidera. Jest to też największy dar, jaki można dać swoim dzieciom. Umysł lidera wymaga ciągłego rozwoju, poszerzania wiedzy, zdobywania nowych umiejętności. Lider nie zostawia tego innym, państwu, społeczeństwu. (str. 249)

Trudno jednak o dobrego lidera tam, gdzie nie ma pasji do tego, co się robi. Ale jeśli masz w sobie pasję, dołóż nieco pracy w kierunku mądrego liderowania, a efekty przerosną Twoje oczekiwania. Całą czekolada, którą dolejesz innym ludziom do ich kubeczków, wróci do Ciebie z nawiązką.


Miłosz Brzeziński – „Głaskologia. Jak pozytywnie wpływać na innych i zwiększać przy tym swoją satysfakcję. Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji”. Instytut Kreowania Skuteczności, 2013

Jerzy Dudek, Paweł Habrat – „Pod presją”. Sport and Profit, 2012.


Sergiusz Trzeciak – „Coaching marki osobistej czyli kariera lidera. GWP, 2015.


czwartek, 2 lipca 2015

Charakter plus umiejętności równa się gracz. KUBA - wyjątkowa książka na lato

Ukazała się niedawno książka wyjątkowa, bo o ile nie dziwi fakt, że ktoś zechciał napisać coś większego na temat Kuby Błaszczykowskiego, o tyle powstał materiał zupełnie inny od tego, co można znaleźć w księgarni na półce oznaczonej sport/biografie. Wskazówką, że coś będzie inaczej jest nie tylko to, że sam Błaszczykowski i jego bliscy rzeczywiście brali intensywny udział w pracy nad książką, ale to, że powstała ona w oparciu o pracę osoby niekoniecznie ze sportem kojarzonej – Małgorzaty Domagalik. Dla mnie – to atut tej książki. Oczywiście, że pozycja ta powstała wokół dramatycznych wydarzeń, które stały się udziałem Kuby, gdy był jeszcze dzieckiem. Ale to książka nie tylko o tym, a może temat rodzinnego dramatu, dorastania w domu pełnym przemocy to pretekst do głębszych rozważań. Wskazówkę znajdujemy już w motcie:

Książkę tę dedykujemy Annie Błaszczykowskiej, bez miłości której nie byłoby jej syna Kuby. A także tym wszystkim, którzy nie przestraszyli się życia.

Bez wątpienia to książka o przemianie, o ciężkiej pracy, o pogoni za największą życiową pasją, o wierności pewnym ideałom. Ale także o poszukiwaniu magicznej formuły, która odróżnia gwiazdę stadionów świata od po prostu bardzo dobrego piłkarza:

Wystarczy sięgnąć po biografie tych najwybitniejszych, żeby zrozumieć, że oprócz nieprzeciętnych umiejętności i talentu, fizycznego wysiłku i setek godzin spędzanych na treningach, kandydat na piłkarskiego gladiatora musi mieć jeszcze to coś. Coś, co sprawia, że to na niego, a nie na innego piłkarza, zwrócone są oczy piłkarskiego świata. Że to koszulki z jego numerem noszą na plecach i że to jego imię z nabożeństwem wypowiadają fani futbolu. Dzieje się tak wówczas, gdy stawiają oni znak równości między tym, jakim graczem, a i jakim człowiekiem jest ich ulubiony zawodnik. Świetny piłkarz, ale i równie fajny gość. (str. 11)

Po co powstała ta książka? Dla lansu? Nie sądzę, choć być może po jej przeczytaniu niektórzy inaczej spojrzą na osobę głównego bohatera (a przynajmniej na pewne zdarzenia z jego udziałem – choćby pamiętną „aferę biletową”). Trafnie ujmuje to ks. prof. Jerzy Kostorz, przyjaciel rodziny:

Wielu ludzi potrzebuje biografii Kuby, żeby uwierzyć w to, co w życiu robią, żeby zobaczyć, że nie ma w życiu takich wydarzeń, po których nie można się podnieść. (str. 19)

W mojej ocenie książka wartościowa także z bardzo ważnego powodu: może młodym adeptom sportu czy innych dziedzin ułatwić zwiększenie wiary w siebie i w swoje marzenia, zanim ktoś z zewnątrz postanowi im je zrujnować:

Równie ważne jest to, żeby kandydat na świetnego piłkarza trafił na kogoś, kto zobaczy w nim talent, zanim ktoś inny zdąży mu powiedzieć, że takiego nie posiada. (str. 26)

Jak wiecie z moich poprzednich wpisów, zdecydowanie bardziej skłaniam się ku wierze w mądrą i wytrwałą pracę, która pozwala zakwitnąć talentowi, niż w sam talent jako taki. Im dłużej zajmuję się tą tematyką, tym częściej widzę również, że jedną z podstawowych składowych finalnego sukcesu jest wytrwałość – bo to ona w ostatecznym rachunku selekcjonuje najlepiej. I dla wytrwałości i cierpliwości ta lektura z pewnością jest doskonałą pożywką.

Kolejnym elementem jest umiejętność stawiania sobie właściwych pytań i kolejnych celów:

Szlifowanie charakteru zawodnika, jakim jest Kuba, to z pewnością żmudny proces. Także dla niego samego. To stawianie sobie niezliczonych pytań i kolejnych zadań do wykonania. Kim chcę być? Gdzie chcę dojść? Co muszę zrobić, żeby tak się stało? Zwłaszcza, że coś takiego jak taryfa ulgowa zdaje się nie istnieć. Żeby być precyzyjną – nie istnieje. (str. 46)

Bez wątpienia w książce wprost i między wierszami dowiedzieć się można sporo o europejskiej ale przede wszystkim polskiej piłce nożnej. O kulisach ważnych decyzji i transferów, o odpowiedzialności społecznej osób znanych (bo Błaszczykowski mocno angażuje się np. w działalność charytatywną), o życiowych priorytetach, które w tym wszystkim trzeba uwzględnić. O dorastaniu na polskiej wsi w okresie transformacji, o wykuwaniu charakteru w bójkach i setkach godzin spędzonych na boisku. I wreszcie o tym, że dziedzictwo rodzinnej tragedii, choć odcisnęło niewyobrażalne piętno na całym życiu Kuby, to uczyniło jego charakter jeszcze twardszym, lecz twardszym w sposób mądry, pokazujący, że nie musimy ślepo i nieświadomie kopiować najgorszych wzorców przemocy, nawet jeśli w nich dorastamy.

Książka potrzebna, książka ważna, dla fanów futbolu, ale nie tylko – dla wszystkich obowiązkowa pozycja do zabrania na zaczynający się sezon urlopowy.
                                 


Jakub Błaszczykowski i Małgorzata Domagalik – KUBA. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2015


czwartek, 30 kwietnia 2015

W drużynie, ale trochę poza nią – dziś znów o bramkarzach, nie tylko dla bramkarzy

Z bramkarzem jest jak z ubezpieczeniem. Wykupujesz je z nadzieją, że z niego nie skorzystasz.
Joseph Antoine Bell

Z pewnością żaden sportowiec z taką regularnością nie mierzy się z arbitralnością losu, co bramkarz. Rykoszet, kozioł, powiew wiatru, zła ocena sytuacji, niesamowity strzał i wszystko inne, z czym musi się zmagać, a czego nie doświadczają inni gracze. (str.406)

Tak o losie bramkarza pisze w swojej książce Jonathan Wilson. Dziś bowiem, zachęcając Was do podjęcia interesujących lektur na przykład w czasie zaczynającego się długiego weekendu,  o ciekawej pozycji dla wszystkich wielbicieli piłki nożnej i sportu w ogóle – „Bramkarz czyli outsider”.  Książka ta pokazuje czytelnikowi sylwetki wielu bramkarzy – najlepszych z najlepszych – we wszystkich zakątkach świata.

Nie da się ukryć, że pozycja bramkarza to pozycja w piłce wyjątkowa. Pierwotnie rozgrywano mecze w ogóle bez bramkarzy, z czasem zaczęły zdarzać się rozgrywki drużyn o bardzo wielu bramkarzach pilnujących bramki gigantycznych rozmiarów. W wielu okresach pozycja traktowana „po macoszemu” – jako zadanie dla tych, którzy słabo radzą sobie z grą w polu (ale przegląd historii pokaże, że bramkarze strzelający bramki drużynie przeciwnej, i to nie tylko w karnych, to wcale nie zjawisko niemożliwe). W wielu krajach i kulturach traktowana z politowaniem i/lub podejrzliwością („skoro to nie nieudacznik, to na pewno wariat”), z czasem zaczęła być bardziej rozumiana i doceniana. Szczególnie w epoce, gdy coraz częściej bramkarz znów staje się integralną częścią drużyny i, mimo innego stroju, jest w pewnym sensie jeszcze jednym obrońcą.

Jak o bramkarzu, to natychmiast nasuwa się pytanie: czy koniecznie tak wysoki? W książce, którą Wam dziś polecam, pieczołowicie zebrano sporo wypowiedzi tych, którzy wiedzą najlepiej, bo sami latami bronili swoich bramek. I tak na przykład Jack Robinson (robinsonada – mówi Wam to coś?) pisał:

Powiadają, że dobry duży koń jest lepszy od dobrego małego konia. Jest to stwierdzenie jednak tylko częściowo prawdziwe. W świecie futbolu porzekadło to nie ma zastosowania. (…) Nie ma wątpliwości, że niscy bramkarze gorzej radzą sobie z wysokimi piłkami. Zbyt wysocy natomiast z trudnością bronią strzały puszczane nisko niczym „kaczki” na wodzie. (str. 33)

Robinson znany był z tego, że zalecał adeptom sztuki piłkarskiej umiar – na przykład w jedzeniu (w tym słodyczy). Sam jednak miał słabość do ryżowego puddingu (przed meczem) i rzeczywiście jego powiedzenie – „Nie ma puddingu – nie ma punktów” – sprawdzało się (raz kosztowało to jego zespół 11 straconych bramek).

Przegląd biografii, które opisuje Wilson, to rzeczywiście pasjonująca historia osobowości – bo tego wybitnym bramkarzom odmówić nie można. To jednak bowiem na boisku rola chyba najtrudniejsza, a na pewno narażona na największą presję:

Pozycja bramkarza wiąże się z jeszcze jedną znacznie bardziej oczywistą sprzecznością – ma on tym mniej do roboty, im lepiej gra jego drużyna, a swą wielkość może okazać tylko wtedy, gdy zawodzą pozostali. Jest jak ratownik lub strażak, któremu należą się podziękowania w chwilach kryzysowych, nawet jeśli wszyscy zachodzą w głowę, dlaczego do kryzysu w ogóle doszło.(str. 24)

Bramkarz to osoba w drużynie narażona na duże wahania pewności siebie ( w końcu jedna nieudana interwencja w bardzo dobrym meczu może skazać go na morze krytyki, w przypadku napastnika proporcje są odwrotne – wszyscy oczekują, że uda się jedna akcja na kilka), na odsunięcie od składu (po kontuzji czy jednym meczu uznanym za gorszy z powodu czasami zwykłego pecha; w książce taki oto przykład desperackiej obrony miejsca w składzie - „Ta niepewność wydaje się bardzo typowa wśród bramkarzy. W przypadku Combiego jednak była tak silna, że zdarzało mu się grać z żółtaczką, połamanymi nadgarstkami i zgruchotanymi palcami”, str. 123 ), na nadmiar myślenia, który włącza samokrytycyzm, na konieczność szukania rozwiązań udoskonalających indywidualną technikę gry (przykład z książki: „Olivieri nieustannie szukał sposobów na doskonalenie gry, przypatrując się nawet baletnicom, aby usprawnić pracę stóp”, str. 114). O bronieniu karnych nie wspominam – to trochę inna sytuacja, kiedy to, paradoksalnie, z bramkarza spada część presji. Jak często słyszę od bramkarzy – „jak nie obronię, nikt nie będzie miał pretensji. Ale jeśli się uda, będę bohaterem”.

Nie da się ukryć, że gra w bramce to często czas, w którym trzeba wykazać się żelazną wolą, by nie stracić koncentracji i gotowości, a niejednokrotnie bramkarze wręcz narzekają na mecze, w których mają mało do roboty – bo takie sytuacje sprzyjają czasem popełnianiu błędów. Ale to także czas, kiedy się dużo myśli – bo przecież nikt tak nie widzi wszystkiego na boisku jak bramkarz, nikt tak również zazwyczaj nie czyta gry. Bo to pozycja dla inteligentnych:

To zresztą działa w obie strony – bramkarze wydają się na tle innych zawodników nieproporcjonalnie elokwentni. Zdarzali się już intelektualiści [np. Camus, Nabokov – przyp. wł.], którzy strzegli bramki, oraz bramkarze, którzy byli intelektualistami. Niekiedy – nawet poetami. (str. 407).

Uważne wczytanie się w książkę Wilsona pokazuje, że wśród wielkich bramkarzy byli ludzie o wykształceniu medycznym, marzący o pracy architekta, ludzie o doświadczeniu wojskowym – a bardzo często sportowcy mający doświadczenie w innych dyscyplinach sportu, swoimi zainteresowaniami i doświadczeniami sięgający od hokeja do szachów (o szachach i piłce nożnej – już niedługo). Nie chcę być zrozumiana niewłaściwie – uważam współczesne sporty zespołowe za grę dla ludzi inteligentnych na wszystkich pozycjach. Nie pokuszę się więc o wniosek, że bramkarz jest inteligentniejszy od reszty drużyny – choć z książki Wilsona można wyczytać, że niejednokrotnie tak bywało. Jednak to na barkach bramkarza ciąży presja i odpowiedzialność, to on zabezpiecza tyły. A jednocześnie w jego los wpisany jest pewien paradoks:

(…) bramkarzy dręczą wpisane w ich zawód niepokoje. Jak też ma bramkarz przypisywać sobie te boskie, zbawienne cechy, jeśli, zgodnie z logiką futbolu jako rytuału płodności, jest on postacią, która zapobiega płodności ziemi, postacią, która niweczy zbiory? Wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności wymaga filozoficznego wywodu godnego gnostyków. I właśnie dlatego nieważne, jak bardzo heroiczni mogą wydawać się bramkarze pokroju Ikera Casillasa, Manuela Neuera czy Gianluigiego Buffona w porównaniu z ciamajdami z wiktoriańskich szkół publicznych, i nieważne, jak wielu kibiców paraduje w bluzach z napisem „Hart 1” na plecach – u podstaw gry na bramce zawsze leżeć będzie paradoks. Bramkarz jest więc skazany na bycie outsiderem. (str. 425)

Jonathan Wilson – Bramkarz czyli OUTSIDER. Wyd. Bukowy Las, 2014. Przekład: Katarzyna I Seweryn Dmowscy


niedziela, 19 kwietnia 2015

Myśl jak mistrz – czyli jak najmniej o wyniku przy dbaniu o wynik

Czuję, że jak zagram swoje, wynik sam o siebie zadba.
LeBron James

Weekend to intensywny czas dla wszystkich miłośników sportu – na wszystkich poziomach rozgrywkowych najwięcej się dzieje właśnie pod koniec tygodnia. To też czas, w którym wszelkie imprezy sportowe zajmują dużo miejsca w mediach – przy okazji wielu wydarzeń można posłuchać licznych sportowców i trenerów, a z wypowiedzi tych wyłapywać elementy ich nastawienia psychicznego do tego, czym się zajmują.

Mam pełną świadomość, że wywiad zwykle obliczony jest na sprawienie zadowolenia kibicom (a czasem trenerom i dziennikarzom), niemniej podejrzewam, że na podstawie takich wystąpień można również to i owo powiedzieć o mentalnym przygotowaniu danej osoby do sytuacji startowych.

Jak zapewne pamiętasz, budowaniu kariery sportowca sprzyja wyznaczanie celów. Pisałam o tym jakiś czas temu, wskazując, jakich zasad stosować się, by robić to prawidłowo. Do tamtych zasad dodałabym jeszcze istotną kwestię umiejętności wyznaczania – szczególnie dla sytuacji startowych – celów mistrzowskich, czyli tych dotyczących jakości zadania, a nie koniecznie wyniku. Ale jak to?!? – zapytasz. Przecież w sporcie chodzi o wygrywanie! No tak, ale…

W wywiadach często słychać zawodników, który podkreślają, że liczy się tylko zwycięstwo (w piłce nożnej magiczne trzy punkty), że najważniejsze dla nich nie jest to, że gra nie układała się dobrze, że nie była efektowna, ale najbardziej liczy się wynik. W pewnym sensie rzeczywiście liczy się to, kto efektywniej wpakuje przeciwnikowi piłkę do siatki czy kosza, szybciej przebiegnie czy przepłynie, niemniej doświadczenie w obserwacji drużyn i zawodników pokazuje mi, że takie myślenie w krótkiej perspektywie już choćby następnych zawodów przynosi dużo złego.

„Zwycięskich składów się nie zmienia”. Takie podejście to standard w wielu klubach. Niestety, wprowadzenie nudnych (bo jednakowych jak dotychczas, żeby nic przypadkiem nie zmienić) treningów, wprowadzenie atmosfery samozadowolenia sprawiającego, że ludzie nazbyt swobodnie i mało starannie podchodzą do pracy w tygodniu, powtarzanie dokładnie tych samych rozwiązań (co ułatwia przygotowanie się kolejnemu przeciwnikowi) – to najprostsza recepta na to, aby przy kolejnych zawodach nie poszło już tak dobrze (w rozumieniu wynikowym).

Intensywne myślenie o wyniku to niezawodny sposób na drastyczne podniesienie presji, która ciąży na zawodniku w sytuacji startu, a jak pamiętasz, nadmierne pobudzenie nie sprzyja dobremu wykonaniu zadań (szczególnie tych skomplikowanych). Dlatego też zwracanie uwagi na wynik przez kibiców, dziennikarzy i trenerów w sytuacji tuż przed startem to częsty powód sportowych niepowodzeń. Dużo lepiej w takich sytuacjach sprawdza się podejście mistrzowskie, które doskonale słychać było w wypowiedziach np. Adama Małysza – który doprowadzał dziennikarzy do frustracji swoim systematycznie powtarzanym „zamierzam oddać dwa równe skoki” bez wdawania się w dywagacje na temat szans medalowych. Dużo łatwiej zawodnikowi utrzymać koncentrację i właściwy poziom pobudzenia, gdy dostaje od trenera lub sam sobie wyznacza (a najlepiej jedno i drugie) kilka celów dotyczących różnych aspektów gry, których częste powtarzanie sobie w głowie sprawia, że nie ma możliwości skupiać się na wyniku.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zawodnik ma olewać granie. To zupełnie nie tak. Chodzi jednak o to, że myślenie o wyniku najlepiej sprawdza się wtedy, gdy brakuje motywacji do chodzenia zimą na treningi, gdy pojawia się trudny czas kontuzji – wtedy myślenie np. o wygrywaniu wielkich imprez sprzyja podniesieniu głowy i zaciśnięciu zębów. A w sytuacji szykowania się do zawodów konieczne jest skupienie się na jakości gry.


Bo przecież wynik nie zależy tylko od naszego sportowca. Wynik zależy też od formy przeciwnika, sędziowania, pogody, kibiców i wielu innych czynników, na które zawodnik nie ma wpływu w ogóle albo jego wpływ jest bardzo niewielki. Wiem, że ważną umiejętnością każdego zawodnika jest więc umiejętność oddzielenia oceny swojego występu od wyniku, jak został osiągnięty. Bo jest możliwe zagranie bardzo dobrego przegranego meczu i bardzo złego, w którym wygrywamy. O ile rzeczywiście dla kibiców zwykle najważniejsze będzie zwycięstwo, o tyle dla sportowca dużo ważniejsze powinno być obserwowanie rozwoju jakości swojej gry – także po to, by na kolejnych zawodach być jeszcze lepszym. To dlatego właśnie nie zawsze zawodnicy-juniorzy, którzy odnosili duże sukcesy wynikowe, potrafią odnaleźć się w sporcie seniorskim (albo w ogóle do niego nie trafiają). Wspominałam już kiedyś na tym blogu postać legendarnego trenera Johna Woodena. Wooden podkreślał, że oczekuje od swoich zawodników, by po meczu po ich zachowaniu nie widać było, czy wygrali, czy nie. Mieli zawsze schodzić z poczuciem, że zrobili wszystko, co byli w stanie – a wynik będzie taki, jak być powinien (choć nie zawsze taki, jak by się chciało). To trudna zmiana filozofii, ale niezwykle skuteczna. Szkoda, że zawodnikom często, oprócz kibiców, przeszkadzają dziennikarze, dla których to wynik jest treścią ich pracy – to wynik jest newsem, który się sprzedaje. Tym ważniejsze jest staranne przygotowanie mentalne zawodnika, który będzie umiał całą swoją koncentrację skierować na danie z siebie wszystkiego. A jak mówił LeBron James, wtedy wynik sam o siebie zadba.

poniedziałek, 30 marca 2015

Jedno z najpotężniejszych narzędzi mistrza – wyobraźnia

Używanie kontrolowanych wyobrażeń to temat, z którym prędzej czy później mierzę się w rozmowie ze sportowcem, który zgłasza się po wsparcie. Aby dojść do tego punktu, zazwyczaj na jednym z pierwszych spotkań proszę o przypomnienie sobie swoich najlepszych zawodów (z dowolnego okresu nauki czy kariery). W proces przypominania należy zaangażować jak najwięcej zmysłów – przypomnieć sobie pogodę, własne uczucia, odgłosy, a jeśli się da – nawet zapachy czy smak napojów, którymi zawodnik nawadniał się w przerwie. Warto przypomnieć sobie wygląd strojów swojej i przeciwnej drużyny (czy przeciwnika indywidualnego), osobę sędziego, jak zachowywał się trener. Po co tak dużo szczegółów? Po to, żeby zaangażować w to dobre wspomnienie jak najwięcej zmysłów – a to oznacza także zaangażowanie możliwie jak największego obszaru mózgu.

Proszę o przypomnienie sobie takiego meczu nie tylko po to, by rozpoznać, jaką motywację czerpie zawodnik z uprawianego sportu (czy najważniejsze jest wspomnienie zwycięstwa, nagród, prestiżu, czy na przykład radości z tego, że wszystko wychodziło bardzo dobrze, że udawało się w lot pojmować intencje kolegów z drużyny i gra sprawiała mnóstwo radości i przychodziła z niezwykłą lekkością). To dobry krok do wprowadzenia treningu wizualizacji – ponieważ bardzo ważną sprawą przy uczeniu się stosowania kontrolowanych wyobrażeń jest ich szczegółowość i włączanie jak największej liczby zmysłów w stworzenie wrażenia ich autentyczności.

Gdy zaczynam rozmawiać z zawodnikiem na temat wyobrażeń, często spotykam się z reakcją niedowierzania i ostrożności. Poruszane tematy wywołują duży opór, powodują odczucie poruszania się w obszarach magicznych. Może zatem najpierw krótko: jak to jest w ogóle możliwe, że trening wyobrażeniowy w ogóle działa?

Steven Ungerleider, autor książki „Mental Training for Peak Performance” (Rodale, 2005) podaje 4 teorie mogące służyć za wyjaśnienie skuteczności wizualizacji:

1) Teoria uczenia symbolicznego – zanim coś robimy, najpierw to kodujemy w naszym umyśle i układzie nerwowym. Jeśli kilkakrotnie to przećwiczymy, w rzeczywistości łatwiej nam będzie od razu wykonać zadanie dobrze. W wyobrażeniu, niczym na nagraniu slow motion, można przyjrzeć się poszczególnym składowym ruchu czy zagrania i opanować go doskonale. UWAGA! Jeśli nie umiesz sobie wyobrazić, że potrafisz wykonać pewne zadanie, prawdopodobieństwo, że uda Ci się w rzeczywistości, jest znikome. Sukces będzie wtedy raczej dziełem przypadku a nie efektem Twojej pracy.

2) Teoria psychoneuromięśniowa – bardzo ciekawa sprawa. Czy wiesz, że nawet jeśli siedzisz spokojnie, a wyobrażasz sobie na przykład przejazd znaną Ci trasą narciarską, impulsy z układu nerwowego będą wędrować do mięśni dokładnie w taki sam sposób, jak podczas rzeczywistego przejazdu? Badania nad podstawami psychofizjologii pokazują, że za pomocą wyobrażenia ruchu można stymulować mięśnie – co jak sama/sam rozumiesz, otwiera gigantyczne możliwości treningu wtedy, gdy trenować się nie da (długie podróże, dyscypliny sportu wrażliwe na czynnik pogodowy) lub gdy trening uniemożliwia kontuzja (o współpracy psychologa z zawodnikiem kontuzjowanym lub świeżo po kontuzji – już niedługo).

3) Teoria bioinformacyjna – wywodząca się z badań nad lękami teoria zakłada, że możemy trenować poprzez kontrolę wyobrażeń radzenie sobie z przewidywanymi negatywnymi uczuciami – na przykład strachem, zdenerwowaniem, gniewem. To również otwiera nam wiele możliwości treningu w sporcie – na przykład możliwe jest rozegranie w głowie takiego scenariusza wydarzeń, w którym po popełnieniu błędu nie dość, że nie tracimy pewności siebie, to jeszcze potrafimy od razu, na gorąco naprawić swój błąd.

4) Teoria podwójnego kodowania – zakłada, że dobrze opanowana umiejętność wymaga podwójnego zakodowania w naszym umyśle – werbalnego (umiem opowiedzieć, co robię) oraz ruchowego (umiem to pokazać), które połączone są swego rodzaju mostem.

Teoria teorią, ale przede wszystkim praktyka wielu mistrzów różnych dyscyplin (nie tylko sportowców, także na przykład muzyków, którzy z racji na wielogodzinne podróże czasem zmuszeni są do ćwiczenia jedynie w głowie) zdecydowanie pokazuje, że ci, którzy wspinają się na szczyt, używają treningu wyobrażeniowego. Najlepsi potrafią w swojej głowie przebiec całą trasę biegu i osiągnąć takie zmiany w ciele, jakby biegli naprawdę (pot, przyspieszone bicie serca etc.). Najprostsze elementy można włączyć do treningu czy meczu na każdym poziomie uprawiania sportu, nawet jeśli nie jest się psychologiem. Zwykłe wyobrażenie sobie oddania strzału, rzutu, serwisu przed zrobieniem go sprawia, że nasz układ nerwowy ma poczucie, że robi to po raz kolejny i siłą rzeczy jest mu łatwiej. Dodatkowym „bonusem” jest fakt poprawy koncentracji, a to, sami przyznacie, potężna zaleta. Co więcej, wprowadzenie sensownego treningu wyobrażeniowego może pomóc także w takich obszarach jak radzenie sobie ze zniszczoną pewnością siebie, radzenie sobie z tremą, radzenie sobie z bólem (powiedzmy sobie szczerze – we współczesny sport na najwyższym poziomie często wpisana jest konieczność radzenia sobie z bólem).

Trenowanie w głowie zmniejsza także skutki uboczne przerwy związanej z kontuzją – szczegółowy trening wizualizacyjny pozwala szybciej wrócić do formy ale również sprawia, ze nasz układ nerwowy nie zapomina, jak się gra. Co ciekawe, przy niektórych kontuzjach zanik możliwości rzeczywistego wykonania jakiegoś ruchu (na przykład całkowitego wyprostowania kończyny) często idzie w parze z niemożnością wyobrażenia takiego ruchu. Dlatego pracę rehabilitacyjną warto wspierać wyobrażeniami – także po to, by praca ta szła szybciej i efektywniej.

Z czymkolwiek się mierzysz, czegokolwiek dotyczy Twoja presja – ćwicz w głowie, do skutku. Zacznij od prostych, krótkich wyobrażeń, w których pojedyncze elementy udają Ci się doskonale, gdy osiągniesz w tym wprawę, komplikuj scenariusze i spraw, że w swojej głowie potrafisz sobie świetnie poradzić także w mniej idealnych sytuacjach. Rozważ różne scenariusze, odgrywaj scenki do skutku, aż uda Ci się osiągnąć pożądany efekt. Spraw, by jak najmniej rzeczy mogło Cię zaskoczyć w sytuacji rzeczywistej presji – wtedy Twój układ nerwowy będzie przygotowany, a Ty będziesz się czuć pewna/pewny siebie.


sobota, 14 marca 2015

Nie ma trenerów doskonałych. Ale są tacy, którzy dodają swojej drużynie skrzydeł.

To jeden z najtrudniejszych zawodów świata, a jednocześnie jeden z najpiękniejszych. Odpowiedzialność za ludzkie marzenia, pasje, nadzieje. Umiejętność odnajdywania w ludziach tych najlepszych pokładów, o których sami czasem nie wiedzą. To praca pełna frustracji, ale i – gdy robi się ją dobrze – wielkiej satysfakcji. To praca dająca taką satysfakcję, jak większość zawodów, które pozwalają innym się rozwijać i wzrastać (wiem coś o tym).

W opinii angielskiego psychologa sportu specjalizującego się we współpracy z piłkarzami i piłkarkami nożnymi, Dana Abrahamsa, zawód trenera to zdecydowanie najtrudniejsza profesja ze wszystkich. W swojej książce adresowanej do trenerów, „Soccer Brain” („Piłkarski mózg”), Abrahams zwraca uwagę, że wszystko zaczyna się od tego, by trener w każdej minucie treningu, meczu czy nawet przygotowania do powyższych starał się być najlepszym trenerem, jakim może być. To praca (czy słowo praca jest tu odpowiednie? Może to jednak bardziej styl życia? Pasja?) oparta na obsesji – na obsesji sprawienia, by ludzie, z którymi pracuję (niezależnie od płci, rasy, poziomu rozgrywkowego i od wszystkiego innego), nieustannie rozwijali się i nieustannie, w każdej minucie, dążyli do takiej doskonałości, na jaką ich stać. To zupełnie inna filozofia niż ta, którą niejednokrotnie obserwuję -  dotycząca trenerów, którym kiedyś coś się udało i następne dziesięciolecia swej kariery spędzają na odnalezieniu takiej drużyny, która wpasuje się w filozofię tego, co udało im się kiedyś. Marne szanse, że znajdą. Choćby dlatego, że miniony sukces zapewne był wypadkową takich czynników, które trener taki ma rozpoznane w stopniu nikłym bądź zgoła żadnym. Powiedzmy to otwarcie – ich miniony sukces mógł być zwykłym przypadkiem, do którego po fakcie dorobiono pewną filozofię. Jeśli za zwycięstwem, osiągnięciem mistrzostwa (rozumianego jako pierwsze miejsce w tabeli a nie osiągnięcie maksimum swoich możliwości) nie stoi dogłębna analiza – sukces będzie niemal niemożliwy do powtórzenia. Czy brzmi to znajomo? „Zwycięskich składów się nie zmienia”. “Zdobyliśmy trzy punkty na trudnym terenie, to chyba nie wymaga analiz i zmian”. „Wszelka krytyka zwyciężającego zespołu pozbawi ich ciężko wypracowanej pewności siebie”. Abrahams jest fanem koncepcji 1 %. Jego zdaniem w każdej sytuacji można poprawić jakiś element chociaż o 1 %. Zmiana kilku rzeczy o choćby jeden punkt procentowy zmieni przecież obraz całości już dość znacznie.

No dobrze, ale przecież niejednokrotnie na tym blogu była mowa o pewności siebie. To krytykować (co w naszej kulturze uważa się za najważniejszy element sprzyjający rozwojowi zawodnika/drużyny)? Czy dbać o pewność siebie?

Aby zawodnik rozwijał się taktycznie i technicznie (a to chyba ma pewne znaczenie ;) ), potrzebne jest jego odpowiednie nastawienie psychiczne. Bez koncentracji, elementarnej wiary, że potrafię się nauczyć, że wiem, jak dojść do celu, że znam swoje cele – nie będzie rozwoju. Dlatego Abrahams napisał książkę o budowaniu „kultury 4C”. Jej składowe to:

- kultura kreatywności (creativity),
- kultura pewności siebie (confidence)
- kultura zaangażowania (commitment)
- kultura spójności (cohesion).

Krótko o każdym C.

Kreatywność to taki element, którego nie można po prostu od zawodników wymagać. Warto więc w codziennym treningu pracować nad swoim trenerskim głosem, by nie było w nim zwątpienia, uszczypliwości, za to mnóstwo zachęt do próbowania różnych rozwiązań (jednocześnie licząc się z tym, że może to powodować błędy).

Abrahams podkreśla jeszcze inne istotne źródło kreatywności: kreatywnym będzie ten lider, który ma dużo wiedzy i nieustannie ją pogłębia. I na bazie tej podstawy będzie umiał tworzyć swoje autorskie koncepcje. Wiedza to nie tylko książki i kurso-konferencje. To także obserwowanie, pytanie, słuchanie innych ludzi. To otwieranie się na inne opinie i branie ich pod rozwagę, a nie skupianie się na obronie twierdzy pod nazwą „filozofia trenera”. Trener nowoczesnej gry nie poprzestanie na byciu średniakiem. Nie robi roboty „jak zawsze” albo „jak zwykle”.

Trener współczesnego sportu jest w dodatku – zdaniem Abrahamsa – człowiekiem o szerokich horyzontach, którego mózg poddawany jest nieustannej gimnastyce – nie tylko tej związanej z piłką nożną. Literatura, muzyka, wiedza o świecie, biznesie – wszystko może stać się inspiracją. Co więcej, trener słucha swoich zawodników, bo nie jest ich szefem, ale ich trenerem, czyli kimś, kto IM służy:

Twoi gracze są szefami – więc wysłuchaj, co szefowie mają do powiedzenia. (str. 27)

Pewność siebie. Nie oczekuj pewności siebie w meczu, jeśli niszczysz ją (lub choćby jej nie pielęgnujesz) w treningu. Nakarmiona, zdrowa pewność siebie ułatwi koncentrację i ustawienie poziomu pobudzenia na takim poziomie, by możliwy był rozwój. Duży nacisk w budowaniu kultury pewności siebie Abrahams kładzie na optymizm (ten rodzaj optymizmu, o którym pisałam tutaj). Trener powinien w takim samym stopniu zająć się budowaniem w swojej drużynie optymizmu, w jakim zajmuje się rozwojem techniki i taktyki swoich zawodników.

Kilka razy pisałam już na tym blogu, że do rozwoju osobie zajmującej się sportem potrzebna jest większa samoświadomość. Pierwszym etapem w jej budowaniu jest rozpoznanie swoich mocnych i słabych stron. Wykonanie tej pracy daje wielkie efekty: być może dzięki takiej analizie uda się zawodnikowi/zawodniczce znaleźć taką pozycję, w której słabsze strony nie będą przeszkadzać, a będą mogły w pełni błyszczeć te najmocniejsze? Być może są elementy, których niewielkie poprawienie przyniesie dużą zmianę (czasem np. zmiana żywienia przekłada się bardzo radykalnie na poziom sportowy)? To zadanie dla trenera i zawodnika – zrobić to rozpoznanie. No właśnie:

Powiedz im, w czym są dobrzy. Muszą to wiedzieć. (str. 66)

To nieprawda, że zawsze to wiedzą. Czasem się domyślają. Czasem trwonią mnóstwo energii na zastanawianie się, co myśli trener. Czasem tracą jej jeszcze więcej na interpretowanie dziwnych sygnałów wysyłanych przez trenera np. za pomocą mowy ciała. To nie są sprawy, na których zawodnik powinien się skupiać. Dlatego ma to słyszeć od trenera: jesteś w tym dobry, to wnosisz do drużyny, tego potrzebujemy od Ciebie. Każdy, nawet z założenia rezerwowy zawodnik ma wtedy szansę poczuć się kimś ważnym i potrzebnym, a tym samym budować swoją pewność siebie. A tym samym więcej i chętniej się uczyć, a tym samym…. No właśnie. Koło się zamyka.

Zaangażowanie. To trudne, by przez całe zawody okazywać je bezustannie. Najważniejszą sprawą wydaje się być budowanie w trakcie treningów i meczów takiego podejścia do sytuacji zawodów, które można by określić mianem traktowania meczu jako WYZWANIA (w odróżnieniu od ZAGROŻENIA). Dość łatwo, nawet po kilku minutach obserwacji gry, zauważyć, który z graczy widzi w sytuacji meczowej wyzwanie (jego mowa ciała będzie wyrażała pewność siebie, będzie podejmował ryzyko a w sytuacji błędu nie będzie się czuł zdeprymowany, tylko spróbuje jeszcze raz, i jeszcze raz, będzie brał na siebie odpowiedzialność i wspierał kolegów z drużyny), a który zagrożenie (wprawny obserwator szybko go wypatrzy: zazwyczaj jest przygarbiony i spięty, mało widzi na boisku, stara się jak najszybciej oddać piłkę, wchodzi w takie sytuacje, które nie mają szans powodzenia, jest sparaliżowany strachem). Abrahams pisze:

Wyzwanie jest dynamiczne, zagrożenie jest statyczne./ Wyzwanie jest głośne, zagrożenie jest ciche./Wyzwanie pracuje ciężko (w odpowiedni sposób w odpowiednim czasie), zagrożenie jest leniwe lenistwem kurczaka pozbawionego głowy./Wyzwanie jest wolnością, zagrożenie jest strachem./ Wyzwanie ma podniesioną głowę i sprawdza ustawienie swoich barków, zagrożenie widzi tunelowo./ (…) / Wyzwanie się pokazuje, zagrożenie się chowa./ (…) / Wyzwanie jest szybkie, zagrożenie jest wolne. (str.100)

Moglibyśmy sami rozbudowywać tę listę w nieskończoność. Jak widzicie, tematu pełnego zaangażowania nie sposób oddzielić od pewności siebie (mowa ciała!) czy kreatywności (zawodnik nastawiony na wyzwanie podejmuje ryzyko i szuka na boisku okazji).

Spójność. Podstawową sprawą, którą zaleca Abrahams, jest budowanie wspólnoty celów, które łączą drużynę. Naturalnie, dobrze jest, gdy zawodnicy choć trochę się lubią (będzie im łatwiej się komunikować, chętniej będą współpracować na boisku), ale dużo ważniejsze jest takie zbudowanie drużyny, która widzi wspólne cele. Wtedy nawet pozaboiskowe animozje nie będą rujnować pracy drużyny i uda się uniknąć sytuacji, w których nie podaje się piłki dobrze ustawionemu piłkarzowi tylko dlatego, że się go nie lubi lub zazdrości mu talentu (pamiętacie książkę Pirlo?).

I jeszcze jedno. Abrahams pisze tak:

Gdy Twoja drużyna wygrywa, to „MY”. Jeśli Twoja drużyna przegrywa, to „JA” (str. 165).

Słuchając czasem konferencji pomeczowych mam wrażenie, że niejednokrotnie jest na odwrót: trenerzy czują się ojcami sukcesu, ale jako przyczynę porażek widzą tylko swoich zawodników. To niewłaściwa optyka. Lider, trener – służy swoim zawodnikom. I ma prowadzić ich na szczyt – nie szczyt tabeli – szczyt ich możliwości jako sumy możliwości pojedynczych zawodników i jako drużyny.

***

Książka, o której dziś Wam napisałam, jest kopalnią wiedzy dla trenerów (niech pokuszą się o jej przeczytanie ci, którzy choć na średnim poziomie posługują się językiem angielskim). Jest także wyrazem bardzo zdrowej w mojej ocenie filozofii sportu, o której piszę na tym blogu. Wierzę, że choć pewne rzeczy tu zasygnalizowane (bo w książce jest ich dużo więcej) wydają się być wyidealizowane i oderwane od rzeczywistości, wcale takie nie są. I wprowadzanie zmian na poziomie komunikacji (nie tylko tej werbalnej), okazywanie szacunku, budowanie zdrowej pewności siebie, tworzenie atmosfery kreatywności i podejmowania ryzyka przynosi efekty. Podobnie jak filozofia poszukiwania obszarów, w których możemy poprawić się chociaż o 1 %. Bo sukces we współczesnym sporcie to zawsze suma dopilnowanych szczegółów.


Dan Abrahams – Soccer Brain. The 4C Coaching Model for Developing World Class Player Mindsets and a Winning Football Team. Bennion Hearny Limited, 2013.